Cóż, jako osoba zapracowana, nawet nie mogę poużalać się nad sobą zbyt długo, bo następnego dnia mam trening i korepetycje z francuskiego. Roześmiałam się gorzko, wiedziałam, że trzeba wstać i iść do domu, że jest późno i siedzę na odłamkach szkła po butelkach wódki. Zgasiłam następny papieros, zapalając kolejny. Jednego dość długo torturowałam, starczał na sporo, ale jestem tu od południa, a teraz zapadł zmrok. Powinno mi być zimno, marznąć. Jednak ja już nic nie czuję, kompletna pustka. Znacie ten stan? Stan gdy po furii, morzu łez i krzykach następuje kompletne wyciszenie, jednak nie jest ono spokojem. To po prostu uczucie cholernej porażki, to jest odczuwanie "niczego" zero emocji, tylko czerń.
Zamknęłam powieki. Słyszałam kroki, czułam, że ktoś opada obok mnie.
-Chcesz mnie zgwałcić, okraść, zabić czy wszystko na raz?- pytanie wyszło z moich ust. Usłyszałam krótki męski śmiech, nie pasujący do napalonego pedofila. To raczej młody chłopak.
-Skąd ten pomysł, po prostu sprawdzam czy jeszcze żyjesz.
-A czemu miałabym nie żyć?
-Wielu ludzi się zabija właśnie w tym miejscu, nie zauważyłam śladów krwi w chodniku.
-Nie przyglądałam się.- odparłam wzruszając ramionami.
-Masz ognia?- wysunęłam zapalniczkę z jeansów wręczając ją chłopakowi. Gdy zapalił swojego papierosa ujrzałam na chwilę jego twarz. Był wysokim chłopakiem o czarnych włosach, postawionych do góry na żel, ostrzyżonych po bokach. Tego samego koloru brwi o dziwo nie były krzaczaste, ciemne, czekoladowe oczy i naprawdę lekki zarost.
-Co tu robisz o tej porze?- zapytałam.
-Mógłbym zadać to samo pytanie. Jest tak cholernie późno, jeszcze nie w domu?
-Dom...-zaśmiałam się gorzko.- O czym ty mi mówisz? Nazywasz grupę mebli i kilka ścian domem? To tylko meble. W domu powinna być kochająca cię rodzina, do niego powinieneś mieć chęć powrotu. Myślisz, że gdybym miała taką chęć siedziałabym tutaj o godzinie...
-23.50
-...właśnie. Mogłabym tu zamieszkać, przynajmniej nikt by mnie nie wkurwiał. Ah, ale cóż się będę rozczulać nad swoimi problemami. Czemuż to ty nie jesteś w domu?
-Hm, dobre pytanie. W sumie to nie wiem, czasem się tam duszę. Mam ochotę odetchnąć a jest on niedaleko. Mieszkam w blokowisku. Wiesz, kiedyś nie miałem domu. Dosłownie, nawet tej bandy mebli i licznego zbioru ścian. Nie miałem go w pojęciu ogólnym i dosłownym. W ogóle.
-Czyli byłeś bezdomny?
-Dzisiaj gdy myślisz bezdomny, od razu widzisz menela. Owszem nie posiadałem domu, do 15 roku życia. Mieszkałem po slamsach...wiesz co to slamsy?
-Opuszczone budynki i tereny, w których właśnie bezdomni mogą znaleźć schron.
-To ja właśnie w takim cholerstwie żyłem, od jednego do następnego, dziś już tak nie jest. Wędrowałem w przyjacielem, miał na imię Chris. W końcu jednak policja nas zgarnęła, oddała do rodzin zastępczych. I teraz mieszkam z nimi, nie zamieniłbym ich na nic innego. Są wspaniali. Czternaście lat klepałem biedę, głodowałem. Aż się udało, stało się lepiej. Więc nie płacz, zobaczysz, że do ciebie też los się uśmiechnie. Mam nadzieję, że wcześniej niż do mnie.
-A co...Chrisem?
-Ah, on mieszka ze mną i jest moim zastępczym bratem. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.
-Ja nie jestem nikogo pewna. Wiesz, mój grafik jest zawalony po brzegi...
-Prawdziwy przyjaciel powinien się do niego dostosować. Chris siedziałby tu teraz ze mną, czemu jej tu nie ma?
-Zjebałam to. Nie miałam dla niej czasu.
-A ona zerwała przyjaźń, bo jesteś ambitna?
-Nie dosłownie. Bo to nie ja chcę tego wszystkiego. Rodzice. Ale ja już nie wiem, czy to jest moja przyjaciółka, rzucała dzisiaj cięte teksty i nie siedziała ze mną już na większości lekcji. To w liceum chyba oznacza koniec, prawda?
-Chyba tak. Ja nie ogarniam bab. Uh, czyli ona nie była prawdziwa, była cholernie sztuczna.
-Tak, a myślałam, że to jest ona. Przyjaźń na zawsze te sprawy. I gdzie jest ten uśmiech losu?
-Może powinnaś zmienić grafik?
-Już o to zadbałam, zrobiłam awanturę "rodzicom"- uniosłam delikatnie dłonie zakreślając w powietrzu cudzysłów.- i zrezygnowałam ze wszystkich korepetycji, zajęć dodatkowych i innych. Nie są mi potrzebne, zabierają tylko czas. Zamiast tego wygodniej jest odrobić lekcje.
-Czyli co ? Wolne?
-Nie, nie, nie. Przecież jeszcze taniec. Ah, bo ty nie wiesz. Od dziesięciu lat tańczę zawodowo. I kocham to, wiesz co to DanceEurovision?
-Te wielkie zawody?
-Tak, światowe, trenuję do nich ciężko. Mam cztery razy w tygodniu, dwa, trzy razy dziennie treningi. I tego chyba się nie da zmienić.
-Chcesz z tym wiązać przyszłość?
-Nie. Nie wiem, może...Nie. Eh, no kurde nie mam pojęcia! Siedzę tu prawie dziewięć godzin, i kilkanaście razy przeszła mi przez głowę myśl by po zawodach ograniczyć taniec i zrobić z tego jedynie hobby.
-Zobaczysz, to wszystko się kurwa musi ułożyć. Jestem pewien.- roześmiał się, uniosłam brew.
-Co?
-Zapomniałbym...jak właściwie masz na imię?
-Vanessa, a ty?
-Zayn. Zayn Rooter.
-Nessa Rosegrande. Mam siedemnaście lat, a ty?
-Tak samo. Wiesz, dasz mi swój numer, chciałbym cię poznać.
-Jasne. Zapisz.- podyktowałam mu ciąg cyferek, po czym on zrobił to samo.
-Powinnaś iść do... bandy mebli.- zaśmiałam się.
-Masz rację. Wiec mam nadzieję, ze do zobaczenia.
-Na pewno.