Taniec

Taniec

wtorek, 7 kwietnia 2015

Rozdział siódmy. Kompletna pustka.

Siedziałam krzyżując kolana. Nie miałam już swojej pięknej sukienki, przeciwnie ubrana byłam w szary dres i białą bokserkę. Na to narzuciłam pierwszą lepszą bluzę a włosy splotłam w kucyk. Kolejna jedynka za kartkówkę, którą trzymałam w dłoniach. Łzy płynęły po moich policzkach. Nie wiem, którą godzinę już przepłakałam. Siedziałam w tym cholernym, ciemnym zaułku, melinie. Nie bałam się, czy ktoś mnie czasem nie zgwałci, napadnie czy okradnie. To ostatnie to nawet nie jest możliwe, bo w tym momencie posiadałam jedynie kilka paczek papierosów. Nie trzymałam ich w ustach już dwa lata, a teraz ponownie zaciągałam się, czując jak moje płuca poddają się, przestają protestować. Żołądek jakby zyskał czarną dziurę, tak jakbym cały dzień nic nie jadła nie odczuwając głodu i nagle ugryzła kanapkę. Wtedy poczuję. I poczułam, ten głód, tą żądze nikotyny, która żyła we mnie skrycie przez te wszystkie lata. Szybko mi wtedy przeszło, choć potrafiłam wypalić pół paczki dziennie, jeśli miałam ssanie. Zwykle były to dwa papierosy wsuwane między wargi. Wiedziałam, że źle robię, nie powinnam. Jednak coś dzisiaj rano przysłoniło cały mój optymizm, który zawsze we mnie istniał. Co będę robić jutro? Cóż, zapewne trenować, otrzymywać złe oceny i płakać nad grobem rodziców...a nie chwileczkę! Przecież oni żyją! Wybaczcie mi pomyłkę, po prostu nie czuję by tu byli . Do bólu idealna, sztuczna, elegancka matka wciąż kładła nacisk na taniec. Ojciec ostatnio kompletnie wykluczył się z mojego życia, choć wcześniej chociaż męczył mnie o oceny. Przez całe życie leciałam na czwórkach i piątkach, jednak materiał w drugiej klasie liceum mnie zbyt zmęczył, był ponad moje siły. Teraz jako siedemnastoletnia dziewczyna, skończyłam z tytoniem osiadającym w płucach, siedzę w ciemnym kącie w którym chłód bije od ceglanych ścian. Dlaczego życie, musi być takie trudne? Dlaczego wszyscy nie możemy cieszyć się każdą chwilą, jeść waty cukrowej, jeździć konno i kręcić na karuzeli? Gdy byłam mała marzyłam o różowej sukience do kostek, rozkloszowanej z falbanami. Widziałam siebie siedzącą na huśtawce, żującą owocową gumę Orbit, pijącą frugo i całującą chłopców. Teraz nie mam perspektyw, życie pozbawiło mnie ich.  Nie mogę już być tą samą beztroską królewną, nawet nie mogę stać się przeciętną siedemnastolatką. Życie skazało mnie na przyspieszony proces dorastania. Mnóstwo treningów, które odbierały mi wolny czas, dodatkowe nauki. Nie lubię narzekać, ale ostatnio tylko to mi pozostaje, kłamstwo- jedno wielkie kłamstwo. Muszę udawać, być fałszywa robić dobrą minę do złej gry. Ludzie chcą bym się zniżyła, płaszczyła, dała po sobie jeździć. Nie patrzą na to, że mój charakter, duma i wartość na to nie pozwalają. Chcą by każdy przystosował się do systemu, nędznej piramidy która wciąż się nie zmienia. Na szczycie, jak zwykle tkwi ten zły, osoby dobre jak zwykle zajmują jej stopy. Tylko ja nie wiem, jaka ja jestem? W szkole mam szacunek, bywam wredna i niesympatyczna. Jestem tym złym szczytem, czy to tylko iluzja i psychicznie nie jestem taka. Może ulegam presji tłumu? Zdecydowanie, gdyby nie ona już dawno rzuciłabym taniec w cholerę. Bo wiecie, to nie zawsze było moje marzenie, pasja. Kiedyś tego nienawidziłam robię to od kiedy skończyłam siedem lat, i do wieku dziesięciu chciało mi się wymiotować, przed zawodami. Dopiero później sama do pokochałam.  Patrzę w przyszłość, tylko to mi pozostało. Nadzieja na to, że będzie lepiej.Dam radę, podniosę się, i będę żyła tak jak chcę. Spoglądanie w przeszłość boli, coraz częściej robię listę dobrych i złych decyzji. Tyle spraw mogłam załatwić na swoją korzyść, jednak jak zawsze spieprzyłam.  Czarna dziura porasta moje serce.  Nie próbują zauważyć ran. Nie, nie są one na nadgarstkach tylko w sercu. Teraz myślę o tym, że niedługo wrócę do studia i będę dalej ciągnęła tą grę. Nie wiem czy tego pragnę, nie jestem po prostu pewna, czy to są moje plany na przyszłość, przecież lubię tyle innych rzeczy. Czekam na noc. Mogę zatrzasnąć drzwi mojej sypialni i płakać ile się da. Otworzyć okno, modlić się na głos do Boga, pytać o to czemu jestem taka beznadziejna....Zapalić zapalniczkę, wpatrywać się w płomyk. Trzymać  żyletkę, milimetr od skóry wiedzieć, że wystarczą trzy ruchy, by skończyć to cierpienie.
Cóż, jako osoba zapracowana, nawet nie mogę poużalać się nad sobą zbyt długo, bo następnego dnia mam trening i korepetycje z francuskiego. Roześmiałam się gorzko, wiedziałam, że trzeba wstać i iść do domu, że jest późno i siedzę na odłamkach szkła po butelkach wódki. Zgasiłam następny papieros, zapalając kolejny. Jednego dość długo torturowałam, starczał na sporo, ale jestem tu od południa, a teraz zapadł zmrok. Powinno mi być zimno, marznąć. Jednak ja już nic nie czuję, kompletna pustka. Znacie ten stan? Stan gdy po furii, morzu łez i krzykach następuje kompletne wyciszenie, jednak nie jest ono spokojem. To po prostu uczucie cholernej porażki, to jest odczuwanie "niczego" zero emocji, tylko czerń.
Zamknęłam powieki. Słyszałam kroki, czułam, że ktoś opada obok mnie.
-Chcesz mnie zgwałcić, okraść, zabić czy wszystko na raz?- pytanie wyszło z moich ust. Usłyszałam krótki męski śmiech, nie pasujący do napalonego pedofila. To raczej młody chłopak.
-Skąd ten pomysł, po prostu sprawdzam czy jeszcze żyjesz.
-A czemu miałabym nie żyć?
-Wielu ludzi się zabija właśnie w tym miejscu, nie zauważyłam śladów krwi w chodniku.
-Nie przyglądałam się.- odparłam wzruszając ramionami.
-Masz ognia?- wysunęłam zapalniczkę z jeansów wręczając ją chłopakowi. Gdy zapalił swojego papierosa ujrzałam na chwilę jego twarz. Był wysokim chłopakiem o czarnych włosach, postawionych do góry na żel, ostrzyżonych po bokach. Tego samego koloru brwi o dziwo nie były krzaczaste, ciemne, czekoladowe oczy i naprawdę lekki zarost.
-Co tu robisz o tej porze?- zapytałam.
-Mógłbym zadać to samo pytanie. Jest tak cholernie późno, jeszcze nie w domu?
-Dom...-zaśmiałam się gorzko.- O czym ty mi mówisz? Nazywasz grupę mebli i kilka ścian domem? To tylko meble. W domu powinna być kochająca cię rodzina, do niego powinieneś mieć chęć powrotu. Myślisz, że gdybym miała taką chęć siedziałabym tutaj o godzinie...
-23.50
-...właśnie. Mogłabym tu zamieszkać, przynajmniej nikt by mnie nie wkurwiał. Ah, ale cóż się będę rozczulać nad swoimi problemami. Czemuż to ty nie jesteś w domu?
-Hm, dobre pytanie. W sumie to nie wiem, czasem się tam duszę. Mam ochotę odetchnąć a jest on niedaleko. Mieszkam w blokowisku. Wiesz, kiedyś nie miałem domu. Dosłownie, nawet tej bandy mebli i licznego zbioru ścian. Nie miałem go w pojęciu ogólnym i dosłownym. W ogóle.
-Czyli byłeś bezdomny?
-Dzisiaj gdy myślisz bezdomny, od razu widzisz menela. Owszem nie posiadałem domu, do 15 roku życia. Mieszkałem po slamsach...wiesz co to slamsy?
-Opuszczone budynki i tereny, w których właśnie bezdomni mogą znaleźć schron.
-To ja właśnie w takim cholerstwie żyłem, od jednego do następnego, dziś już tak nie jest. Wędrowałem w przyjacielem, miał na imię Chris. W końcu jednak policja nas zgarnęła, oddała do rodzin zastępczych. I teraz mieszkam z nimi, nie zamieniłbym ich na nic innego. Są wspaniali. Czternaście lat klepałem biedę, głodowałem. Aż się udało, stało się lepiej. Więc nie płacz, zobaczysz, że do ciebie też los się uśmiechnie. Mam nadzieję, że wcześniej niż do mnie.
-A co...Chrisem?
-Ah, on mieszka ze mną i jest moim zastępczym bratem. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.
-Ja nie jestem nikogo pewna. Wiesz, mój grafik jest zawalony po brzegi...
-Prawdziwy przyjaciel powinien się do niego dostosować. Chris siedziałby tu teraz ze mną, czemu jej tu nie ma?
-Zjebałam to. Nie miałam dla niej czasu.
-A ona zerwała przyjaźń, bo jesteś ambitna?
-Nie dosłownie. Bo to nie ja chcę tego wszystkiego. Rodzice. Ale ja już nie wiem, czy to jest moja przyjaciółka, rzucała dzisiaj cięte teksty i nie siedziała ze mną już na większości lekcji. To w liceum chyba oznacza koniec, prawda?
-Chyba tak. Ja nie ogarniam bab. Uh, czyli ona nie była prawdziwa, była cholernie sztuczna.
-Tak, a myślałam, że to jest ona. Przyjaźń na zawsze te sprawy. I gdzie jest ten uśmiech losu?
-Może powinnaś zmienić grafik?
-Już o to zadbałam, zrobiłam awanturę "rodzicom"- uniosłam delikatnie dłonie zakreślając w powietrzu cudzysłów.- i zrezygnowałam ze wszystkich korepetycji, zajęć dodatkowych i innych. Nie są mi potrzebne, zabierają tylko czas. Zamiast tego wygodniej jest odrobić lekcje.
-Czyli co ? Wolne?
-Nie, nie, nie. Przecież jeszcze taniec. Ah, bo ty nie wiesz. Od dziesięciu lat tańczę zawodowo. I kocham to, wiesz co to DanceEurovision?
-Te wielkie zawody?
-Tak, światowe, trenuję do nich ciężko. Mam cztery razy w tygodniu, dwa, trzy razy dziennie treningi. I tego chyba się nie da zmienić.
-Chcesz z tym wiązać przyszłość?
-Nie. Nie wiem, może...Nie. Eh, no kurde nie mam pojęcia! Siedzę tu prawie dziewięć godzin, i kilkanaście razy przeszła mi przez głowę myśl by po zawodach ograniczyć taniec i zrobić z tego jedynie hobby.
-Zobaczysz, to wszystko się kurwa musi ułożyć. Jestem pewien.- roześmiał się, uniosłam brew.
-Co?
-Zapomniałbym...jak właściwie masz na imię?
-Vanessa, a ty?
-Zayn. Zayn Rooter.
-Nessa Rosegrande. Mam siedemnaście lat, a ty?
-Tak samo. Wiesz, dasz mi swój numer, chciałbym cię poznać.
-Jasne. Zapisz.- podyktowałam mu ciąg cyferek, po czym on zrobił to samo.
-Powinnaś iść do... bandy mebli.- zaśmiałam się.
-Masz rację. Wiec mam nadzieję, ze do zobaczenia.
-Na pewno.


poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Rozdział szósty. Nie wiem.


-Narzuć tępo!- krzyk Justina, po raz setny obrany w te same słowa rozległ się po sali. Starałam przyspieszyć moje kroki, zakańczając upadkiem- mimo iż był on w układzie, wyszedł zupełnie przypadkiem. Opuściłam głowę, starając złapać oddech. Paskudne przekleństwo wydobyło się z moich ust, poprzedzając następną wiązankę niecenzuralnych słów. Zobaczyłam kształt, opadający przy moich podkulonych kolanach. Bieber podał mi butelkę wody, którą natychmiast, nie zastanawiając się dłużej wypiłam.
-Starczy na dziś?-zapytał. Pokręciłam głową, podrywając ciało do przodu. Na nic mój wysiłek, bowiem nie poczułam gruntu pod stopami. Mimo to zrobiłam niemal pewny krok, który skończył by się upadkiem na plastikową powierzchnię, gdyby nie chłopak.Nie było to spowodowane zasłabnięciem, czy zawrotami głowy tylko rwącym bólu w kolanie. Z całej siły ścisnęłam je, zaciskając porządnie powieki.
-Nessa!- przywrócił mnie do codzienności. Rozwarłam powoli je, wgryzając się w wargę.
-Dziesięć minut przerwy i mogę dalej.- odparłam.
-Nie.- powiedział pewnie.- jesteś wykończona. Powinnaś odpocząć.
-Powinnam, to ja ćwiczyć do EuroDance.
-Nie ma mowy, to zaledwie trzy dni przerwy.- jęknęłam widząc jego zdecydowany wyraz twarzy. Pokiwałam głową, kierując się do szatni.
Chłodny strumień rozlał się po moich plecach. Spojrzałam na bolącą część nogi. Zdawała się wyglądać dobrze, jednak bolała na tyle, że ledwo się utrzymałam. Wytarta suchym ręcznikiem, ubrałam siwy sweterek i błękitne jeansy. Stopy wsunęłam w białe Fors. Szybko spięłam włosy w niewysoki kucyk. Wypuściłam powietrze płuc, ciągnąc ołowiane nogi po podłodze.
Stałam przed Copmany,  czekając na taksówkę, spoglądałam co chwila w stronę wciąż pustego asfaltu. Lewa dłoń podpierała się o słup, pomagając kolanom  w utrzymaniu pionu. Przygryzłam wargę z ulgą, zauważając żółty samochód nadjeżdżający w moją stronę. Uśmiech pełen wdzięczności z mojej strony, usatysfakcjonował kierowcę, na tyle, że odpuścił mi płacenia drobnych, których akurat zapomniałam.
***
Vanessa. Vanesso, wstawaj...- mama potrząsnęła moim ramieniem. Mruknęłam coś w odpowiedzi, dłonią nakazując wyjście. Prychnęła niemal zirytowana, w wyobraźni widziałam jak jej blade policzki płoną czerwienią a szmaragdowe oczy, unoszą się ku górze odliczając do dziesięciu. Brak stuku ciemnych obcasów oznaczał, że kobieta znikła z pola zasięgu. Rozwarłam powieki, przyzwyczajając się do panującej tu atmosfery. Lekka zaćma znikła po kilku mrugnięciach. W pokoju bowiem, światło dzienne nie wlewało się przez okna- wręcz przeciwnie panował chłodny mrok. Zdezorientowana spojrzałam na wyświetlacz Iphone'a orientując się, iż jest dwudziesta pierwsza a matka prosiła moją osobę na kolację.
Podeszłam do lustra, chwytając szczotkę rozczesałam brązowe pasma. Szybko zmyłam zmęczenie z twarzy a splamiony lenistwem i błogą sennością sweterek od piżamy zamieniłam na przyległy top z rękawem do łokcia. Zeszłam na dół, ból w kolanie nie mal zupełnie przeszedł. Ojciec siedział przy długim stole, zaczynając powoli posiłek. Przywitałam go skinieniem głowy i również postawiłam przed nosem biały, porcelanowy talerzyk. Nałożyłam na niego jajecznicy oraz sałatki, pierwszej z brzegu. Kubek zapełniłam niemieckim napojem, gazowaną wodą z sokiem jabłkowym, która jednak nie przypada w gusta większości osób. Mama nie zwróciła uwagi na kalorie mojego posiłku. Wzruszyłam ramionami. Niezręczną ciszę nareszcie przerwała głowa rodziny.
-Jak ci idą przygotowania do zawodów?
-Wspaniale, Justin jest świetnym nauczycielem. O nauce Abbygale chyba nie muszę wspominać. Jak zwykle wręcz wzorowa.- ojciec zawsze ubiegał się bym nazywała Abby pełnym imieniem, uważając, że powszechne używany skrót jest brakiem szacunku. Wsunęłam posiłek do ust. Starałam się w miarę szybko skończyć więc już po chwili wstałam od stołu, podziękowałam i ruszyłam na górę.

Myślenie jest największym błędem jaki może popełnić tancerz. Musisz czuć!

Przeczytałam słowa Michaela Jacksona na głos. Brzmiały w mojej głowie, podczas ponownej drogi do łóżka. Zgasiłam światło, zmęczona wrażeniami dzisiejszego dnia. Zasnęłam.
Poranek okazał się być męczarnią. Czułam ogromne mdłości, które napierały z każdym krokiem. Pragnęłam wrócić z powrotem do łóżka. Gdybym była normalną nastolatką zapewne bym to zrobiła, jednak ja nie dość, że musiałam iść do szkoły, to następie na trening. Zaśmiałam się gorzko pod nosem. Taniec. Taniec sprawiał, że każdego dnia miałam siłę by wstać, jednak również mnie do niego przygniatał. Weszłam do toalety, wzięłam szybki prysznic. Owinięta w ręcznik zaczęłam wybierać poszczególne ubrania. Krótka sukienka do kolan w odcieniu bieli i jeansowa bluza. Wsunęłam stopy w ciemne Tomsy, ciesząc się, że nie muszę brać wysokich obcasów. Nie miałam zadań domowych, nie byłam przygotowana na klasówki. Zeszłam do kuchni jedynie by popatrzeć na pięknie przygotowane śniadanie, bowiem byłam na diecie. Poczułam jak moje życie jest marne. Jaki każdy dzień jest podobny do siebie, wręcz identyczny. Przeczesałam dłonią włosy, pragnęłam zrobić coś nowego, nawet Victoire przestała się do mnie tak często odzywać, tak rzadko się z nią spotykałam, nie miałam ani krztyny czasu. Co się ze mną dzieje?


___________________

Wiem, zawaliłam. Proszę nie bijcie! Naprawdę nie cholery nie miałam pomysłów. Starałam się by rozdział był chociaż dobry, ale... obiecuję poprawę. Teraz akcja na pewno nabierze tępa, i będzie więcej o Justinie. Jeszcze raz przepraszam ^^