Taniec

Taniec

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Rozdział szósty. Nie wiem.


-Narzuć tępo!- krzyk Justina, po raz setny obrany w te same słowa rozległ się po sali. Starałam przyspieszyć moje kroki, zakańczając upadkiem- mimo iż był on w układzie, wyszedł zupełnie przypadkiem. Opuściłam głowę, starając złapać oddech. Paskudne przekleństwo wydobyło się z moich ust, poprzedzając następną wiązankę niecenzuralnych słów. Zobaczyłam kształt, opadający przy moich podkulonych kolanach. Bieber podał mi butelkę wody, którą natychmiast, nie zastanawiając się dłużej wypiłam.
-Starczy na dziś?-zapytał. Pokręciłam głową, podrywając ciało do przodu. Na nic mój wysiłek, bowiem nie poczułam gruntu pod stopami. Mimo to zrobiłam niemal pewny krok, który skończył by się upadkiem na plastikową powierzchnię, gdyby nie chłopak.Nie było to spowodowane zasłabnięciem, czy zawrotami głowy tylko rwącym bólu w kolanie. Z całej siły ścisnęłam je, zaciskając porządnie powieki.
-Nessa!- przywrócił mnie do codzienności. Rozwarłam powoli je, wgryzając się w wargę.
-Dziesięć minut przerwy i mogę dalej.- odparłam.
-Nie.- powiedział pewnie.- jesteś wykończona. Powinnaś odpocząć.
-Powinnam, to ja ćwiczyć do EuroDance.
-Nie ma mowy, to zaledwie trzy dni przerwy.- jęknęłam widząc jego zdecydowany wyraz twarzy. Pokiwałam głową, kierując się do szatni.
Chłodny strumień rozlał się po moich plecach. Spojrzałam na bolącą część nogi. Zdawała się wyglądać dobrze, jednak bolała na tyle, że ledwo się utrzymałam. Wytarta suchym ręcznikiem, ubrałam siwy sweterek i błękitne jeansy. Stopy wsunęłam w białe Fors. Szybko spięłam włosy w niewysoki kucyk. Wypuściłam powietrze płuc, ciągnąc ołowiane nogi po podłodze.
Stałam przed Copmany,  czekając na taksówkę, spoglądałam co chwila w stronę wciąż pustego asfaltu. Lewa dłoń podpierała się o słup, pomagając kolanom  w utrzymaniu pionu. Przygryzłam wargę z ulgą, zauważając żółty samochód nadjeżdżający w moją stronę. Uśmiech pełen wdzięczności z mojej strony, usatysfakcjonował kierowcę, na tyle, że odpuścił mi płacenia drobnych, których akurat zapomniałam.
***
Vanessa. Vanesso, wstawaj...- mama potrząsnęła moim ramieniem. Mruknęłam coś w odpowiedzi, dłonią nakazując wyjście. Prychnęła niemal zirytowana, w wyobraźni widziałam jak jej blade policzki płoną czerwienią a szmaragdowe oczy, unoszą się ku górze odliczając do dziesięciu. Brak stuku ciemnych obcasów oznaczał, że kobieta znikła z pola zasięgu. Rozwarłam powieki, przyzwyczajając się do panującej tu atmosfery. Lekka zaćma znikła po kilku mrugnięciach. W pokoju bowiem, światło dzienne nie wlewało się przez okna- wręcz przeciwnie panował chłodny mrok. Zdezorientowana spojrzałam na wyświetlacz Iphone'a orientując się, iż jest dwudziesta pierwsza a matka prosiła moją osobę na kolację.
Podeszłam do lustra, chwytając szczotkę rozczesałam brązowe pasma. Szybko zmyłam zmęczenie z twarzy a splamiony lenistwem i błogą sennością sweterek od piżamy zamieniłam na przyległy top z rękawem do łokcia. Zeszłam na dół, ból w kolanie nie mal zupełnie przeszedł. Ojciec siedział przy długim stole, zaczynając powoli posiłek. Przywitałam go skinieniem głowy i również postawiłam przed nosem biały, porcelanowy talerzyk. Nałożyłam na niego jajecznicy oraz sałatki, pierwszej z brzegu. Kubek zapełniłam niemieckim napojem, gazowaną wodą z sokiem jabłkowym, która jednak nie przypada w gusta większości osób. Mama nie zwróciła uwagi na kalorie mojego posiłku. Wzruszyłam ramionami. Niezręczną ciszę nareszcie przerwała głowa rodziny.
-Jak ci idą przygotowania do zawodów?
-Wspaniale, Justin jest świetnym nauczycielem. O nauce Abbygale chyba nie muszę wspominać. Jak zwykle wręcz wzorowa.- ojciec zawsze ubiegał się bym nazywała Abby pełnym imieniem, uważając, że powszechne używany skrót jest brakiem szacunku. Wsunęłam posiłek do ust. Starałam się w miarę szybko skończyć więc już po chwili wstałam od stołu, podziękowałam i ruszyłam na górę.

Myślenie jest największym błędem jaki może popełnić tancerz. Musisz czuć!

Przeczytałam słowa Michaela Jacksona na głos. Brzmiały w mojej głowie, podczas ponownej drogi do łóżka. Zgasiłam światło, zmęczona wrażeniami dzisiejszego dnia. Zasnęłam.
Poranek okazał się być męczarnią. Czułam ogromne mdłości, które napierały z każdym krokiem. Pragnęłam wrócić z powrotem do łóżka. Gdybym była normalną nastolatką zapewne bym to zrobiła, jednak ja nie dość, że musiałam iść do szkoły, to następie na trening. Zaśmiałam się gorzko pod nosem. Taniec. Taniec sprawiał, że każdego dnia miałam siłę by wstać, jednak również mnie do niego przygniatał. Weszłam do toalety, wzięłam szybki prysznic. Owinięta w ręcznik zaczęłam wybierać poszczególne ubrania. Krótka sukienka do kolan w odcieniu bieli i jeansowa bluza. Wsunęłam stopy w ciemne Tomsy, ciesząc się, że nie muszę brać wysokich obcasów. Nie miałam zadań domowych, nie byłam przygotowana na klasówki. Zeszłam do kuchni jedynie by popatrzeć na pięknie przygotowane śniadanie, bowiem byłam na diecie. Poczułam jak moje życie jest marne. Jaki każdy dzień jest podobny do siebie, wręcz identyczny. Przeczesałam dłonią włosy, pragnęłam zrobić coś nowego, nawet Victoire przestała się do mnie tak często odzywać, tak rzadko się z nią spotykałam, nie miałam ani krztyny czasu. Co się ze mną dzieje?


___________________

Wiem, zawaliłam. Proszę nie bijcie! Naprawdę nie cholery nie miałam pomysłów. Starałam się by rozdział był chociaż dobry, ale... obiecuję poprawę. Teraz akcja na pewno nabierze tępa, i będzie więcej o Justinie. Jeszcze raz przepraszam ^^

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz