Siedziałam krzyżując kolana. Nie miałam już swojej pięknej sukienki, przeciwnie ubrana byłam w szary dres i białą bokserkę. Na to narzuciłam pierwszą lepszą bluzę a włosy splotłam w kucyk. Kolejna jedynka za kartkówkę, którą trzymałam w dłoniach. Łzy płynęły po moich policzkach. Nie wiem, którą godzinę już przepłakałam. Siedziałam w tym cholernym, ciemnym zaułku, melinie. Nie bałam się, czy ktoś mnie czasem nie zgwałci, napadnie czy okradnie. To ostatnie to nawet nie jest możliwe, bo w tym momencie posiadałam jedynie kilka paczek papierosów. Nie trzymałam ich w ustach już dwa lata, a teraz ponownie zaciągałam się, czując jak moje płuca poddają się, przestają protestować. Żołądek jakby zyskał czarną dziurę, tak jakbym cały dzień nic nie jadła nie odczuwając głodu i nagle ugryzła kanapkę. Wtedy poczuję. I poczułam, ten głód, tą żądze nikotyny, która żyła we mnie skrycie przez te wszystkie lata. Szybko mi wtedy przeszło, choć potrafiłam wypalić pół paczki dziennie, jeśli miałam ssanie. Zwykle były to dwa papierosy wsuwane między wargi. Wiedziałam, że źle robię, nie powinnam. Jednak coś dzisiaj rano przysłoniło cały mój optymizm, który zawsze we mnie istniał. Co będę robić jutro? Cóż, zapewne trenować, otrzymywać złe oceny i płakać nad grobem rodziców...a nie chwileczkę! Przecież oni żyją! Wybaczcie mi pomyłkę, po prostu nie czuję by tu byli . Do bólu idealna, sztuczna, elegancka matka wciąż kładła nacisk na taniec. Ojciec ostatnio kompletnie wykluczył się z mojego życia, choć wcześniej chociaż męczył mnie o oceny. Przez całe życie leciałam na czwórkach i piątkach, jednak materiał w drugiej klasie liceum mnie zbyt zmęczył, był ponad moje siły. Teraz jako siedemnastoletnia dziewczyna, skończyłam z tytoniem osiadającym w płucach, siedzę w ciemnym kącie w którym chłód bije od ceglanych ścian. Dlaczego życie, musi być takie trudne? Dlaczego wszyscy nie możemy cieszyć się każdą chwilą, jeść waty cukrowej, jeździć konno i kręcić na karuzeli? Gdy byłam mała marzyłam o różowej sukience do kostek, rozkloszowanej z falbanami. Widziałam siebie siedzącą na huśtawce, żującą owocową gumę Orbit, pijącą frugo i całującą chłopców. Teraz nie mam perspektyw, życie pozbawiło mnie ich. Nie mogę już być tą samą beztroską królewną, nawet nie mogę stać się przeciętną siedemnastolatką. Życie skazało mnie na przyspieszony proces dorastania. Mnóstwo treningów, które odbierały mi wolny czas, dodatkowe nauki. Nie lubię narzekać, ale ostatnio tylko to mi pozostaje, kłamstwo- jedno wielkie kłamstwo. Muszę udawać, być fałszywa robić dobrą minę do złej gry. Ludzie chcą bym się zniżyła, płaszczyła, dała po sobie jeździć. Nie patrzą na to, że mój charakter, duma i wartość na to nie pozwalają. Chcą by każdy przystosował się do systemu, nędznej piramidy która wciąż się nie zmienia. Na szczycie, jak zwykle tkwi ten zły, osoby dobre jak zwykle zajmują jej stopy. Tylko ja nie wiem, jaka ja jestem? W szkole mam szacunek, bywam wredna i niesympatyczna. Jestem tym złym szczytem, czy to tylko iluzja i psychicznie nie jestem taka. Może ulegam presji tłumu? Zdecydowanie, gdyby nie ona już dawno rzuciłabym taniec w cholerę. Bo wiecie, to nie zawsze było moje marzenie, pasja. Kiedyś tego nienawidziłam robię to od kiedy skończyłam siedem lat, i do wieku dziesięciu chciało mi się wymiotować, przed zawodami. Dopiero później sama do pokochałam. Patrzę w przyszłość, tylko to mi pozostało. Nadzieja na to, że będzie lepiej.Dam radę, podniosę się, i będę żyła tak jak chcę. Spoglądanie w przeszłość boli, coraz częściej robię listę dobrych i złych decyzji. Tyle spraw mogłam załatwić na swoją korzyść, jednak jak zawsze spieprzyłam. Czarna dziura porasta moje serce. Nie próbują zauważyć ran. Nie, nie są one na nadgarstkach tylko w sercu. Teraz myślę o tym, że niedługo wrócę do studia i będę dalej ciągnęła tą grę. Nie wiem czy tego pragnę, nie jestem po prostu pewna, czy to są moje plany na przyszłość, przecież lubię tyle innych rzeczy. Czekam na noc. Mogę zatrzasnąć drzwi mojej sypialni i płakać ile się da. Otworzyć okno, modlić się na głos do Boga, pytać o to czemu jestem taka beznadziejna....Zapalić zapalniczkę, wpatrywać się w płomyk. Trzymać żyletkę, milimetr od skóry wiedzieć, że wystarczą trzy ruchy, by skończyć to cierpienie.
Cóż, jako osoba zapracowana, nawet nie mogę poużalać się nad sobą zbyt długo, bo następnego dnia mam trening i korepetycje z francuskiego. Roześmiałam się gorzko, wiedziałam, że trzeba wstać i iść do domu, że jest późno i siedzę na odłamkach szkła po butelkach wódki. Zgasiłam następny papieros, zapalając kolejny. Jednego dość długo torturowałam, starczał na sporo, ale jestem tu od południa, a teraz zapadł zmrok. Powinno mi być zimno, marznąć. Jednak ja już nic nie czuję, kompletna pustka. Znacie ten stan? Stan gdy po furii, morzu łez i krzykach następuje kompletne wyciszenie, jednak nie jest ono spokojem. To po prostu uczucie cholernej porażki, to jest odczuwanie "niczego" zero emocji, tylko czerń.
Zamknęłam powieki. Słyszałam kroki, czułam, że ktoś opada obok mnie.
-Chcesz mnie zgwałcić, okraść, zabić czy wszystko na raz?- pytanie wyszło z moich ust. Usłyszałam krótki męski śmiech, nie pasujący do napalonego pedofila. To raczej młody chłopak.
-Skąd ten pomysł, po prostu sprawdzam czy jeszcze żyjesz.
-A czemu miałabym nie żyć?
-Wielu ludzi się zabija właśnie w tym miejscu, nie zauważyłam śladów krwi w chodniku.
-Nie przyglądałam się.- odparłam wzruszając ramionami.
-Masz ognia?- wysunęłam zapalniczkę z jeansów wręczając ją chłopakowi. Gdy zapalił swojego papierosa ujrzałam na chwilę jego twarz. Był wysokim chłopakiem o czarnych włosach, postawionych do góry na żel, ostrzyżonych po bokach. Tego samego koloru brwi o dziwo nie były krzaczaste, ciemne, czekoladowe oczy i naprawdę lekki zarost.
-Co tu robisz o tej porze?- zapytałam.
-Mógłbym zadać to samo pytanie. Jest tak cholernie późno, jeszcze nie w domu?
-Dom...-zaśmiałam się gorzko.- O czym ty mi mówisz? Nazywasz grupę mebli i kilka ścian domem? To tylko meble. W domu powinna być kochająca cię rodzina, do niego powinieneś mieć chęć powrotu. Myślisz, że gdybym miała taką chęć siedziałabym tutaj o godzinie...
-23.50
-...właśnie. Mogłabym tu zamieszkać, przynajmniej nikt by mnie nie wkurwiał. Ah, ale cóż się będę rozczulać nad swoimi problemami. Czemuż to ty nie jesteś w domu?
-Hm, dobre pytanie. W sumie to nie wiem, czasem się tam duszę. Mam ochotę odetchnąć a jest on niedaleko. Mieszkam w blokowisku. Wiesz, kiedyś nie miałem domu. Dosłownie, nawet tej bandy mebli i licznego zbioru ścian. Nie miałem go w pojęciu ogólnym i dosłownym. W ogóle.
-Czyli byłeś bezdomny?
-Dzisiaj gdy myślisz bezdomny, od razu widzisz menela. Owszem nie posiadałem domu, do 15 roku życia. Mieszkałem po slamsach...wiesz co to slamsy?
-Opuszczone budynki i tereny, w których właśnie bezdomni mogą znaleźć schron.
-To ja właśnie w takim cholerstwie żyłem, od jednego do następnego, dziś już tak nie jest. Wędrowałem w przyjacielem, miał na imię Chris. W końcu jednak policja nas zgarnęła, oddała do rodzin zastępczych. I teraz mieszkam z nimi, nie zamieniłbym ich na nic innego. Są wspaniali. Czternaście lat klepałem biedę, głodowałem. Aż się udało, stało się lepiej. Więc nie płacz, zobaczysz, że do ciebie też los się uśmiechnie. Mam nadzieję, że wcześniej niż do mnie.
-A co...Chrisem?
-Ah, on mieszka ze mną i jest moim zastępczym bratem. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.
-Ja nie jestem nikogo pewna. Wiesz, mój grafik jest zawalony po brzegi...
-Prawdziwy przyjaciel powinien się do niego dostosować. Chris siedziałby tu teraz ze mną, czemu jej tu nie ma?
-Zjebałam to. Nie miałam dla niej czasu.
-A ona zerwała przyjaźń, bo jesteś ambitna?
-Nie dosłownie. Bo to nie ja chcę tego wszystkiego. Rodzice. Ale ja już nie wiem, czy to jest moja przyjaciółka, rzucała dzisiaj cięte teksty i nie siedziała ze mną już na większości lekcji. To w liceum chyba oznacza koniec, prawda?
-Chyba tak. Ja nie ogarniam bab. Uh, czyli ona nie była prawdziwa, była cholernie sztuczna.
-Tak, a myślałam, że to jest ona. Przyjaźń na zawsze te sprawy. I gdzie jest ten uśmiech losu?
-Może powinnaś zmienić grafik?
-Już o to zadbałam, zrobiłam awanturę "rodzicom"- uniosłam delikatnie dłonie zakreślając w powietrzu cudzysłów.- i zrezygnowałam ze wszystkich korepetycji, zajęć dodatkowych i innych. Nie są mi potrzebne, zabierają tylko czas. Zamiast tego wygodniej jest odrobić lekcje.
-Czyli co ? Wolne?
-Nie, nie, nie. Przecież jeszcze taniec. Ah, bo ty nie wiesz. Od dziesięciu lat tańczę zawodowo. I kocham to, wiesz co to DanceEurovision?
-Te wielkie zawody?
-Tak, światowe, trenuję do nich ciężko. Mam cztery razy w tygodniu, dwa, trzy razy dziennie treningi. I tego chyba się nie da zmienić.
-Chcesz z tym wiązać przyszłość?
-Nie. Nie wiem, może...Nie. Eh, no kurde nie mam pojęcia! Siedzę tu prawie dziewięć godzin, i kilkanaście razy przeszła mi przez głowę myśl by po zawodach ograniczyć taniec i zrobić z tego jedynie hobby.
-Zobaczysz, to wszystko się kurwa musi ułożyć. Jestem pewien.- roześmiał się, uniosłam brew.
-Co?
-Zapomniałbym...jak właściwie masz na imię?
-Vanessa, a ty?
-Zayn. Zayn Rooter.
-Nessa Rosegrande. Mam siedemnaście lat, a ty?
-Tak samo. Wiesz, dasz mi swój numer, chciałbym cię poznać.
-Jasne. Zapisz.- podyktowałam mu ciąg cyferek, po czym on zrobił to samo.
-Powinnaś iść do... bandy mebli.- zaśmiałam się.
-Masz rację. Wiec mam nadzieję, ze do zobaczenia.
-Na pewno.