Taniec

Taniec

wtorek, 25 sierpnia 2015

Rozdział ósmy. Tak cholernie głupia.

Gwałtownie zerwałam się z kuchni od razu biegnąc do toalety. Przechyliłam gwałtownie głowę niemal uderzając czołem o końcówkę kranu moja kolacja opuściła żołądek. Nie przyjemne dla ucha dźwięki rozeszły się po pomieszczeniu, a ja wraz z krwią starałam się do czysta opróżnić żołądek. Opakowanie tabletek, które wywołują wymioty wysunęło się z mojej kieszeni. Gdy podniosłam głową w lustrze przywitało mnie moje trupio blade odbicie. Splątałam ponownie brązowe loki, wzrokiem wyszukując zegara. Była już godzina mojego wyjścia do cholernego studia. W pełni ubrana bez słowa opuściłam dom, nie żegnając się z rodzicami. Już od bardzo dawna tego nie robiłam. Od poznania Zayna minął dziś równo miesiąc. Czasem jeszcze go spotykałam zmieniałam parę słów. Od tamtego dnia wróciłam do domu inna... Spojrzałam na wyświetlacz komórki a mój wzrok powędrował na skrzynkę SMS. 12 Wiadomości. Otworzyłam pierwszą z brzegu, i weszłam do wolnej taksówki. Kierowca nawet nie musiał dopytywać dokąd jadę od razu obrał kierunek studia. Wiadomość była od Victoire.
Victoire :Pogadamy?" 
Chwilę się zastanowiłam nad tym co wystukać, lecz po chwili moje place zgodnie sunęły po wyświetlaczu.
Ja :Mamy o czym?..."
Victoire"...Tak. s'il vous plaît* 
Ja :Hortex o 19?
Victoire: Merci.a plus tard lub a bientôt
Ja: a plus tard lub a bientôt

* Victoire: Pogadamy?"*
Ja: A mamy o czym...
Victoire: Proszę."
Ja: Hortex o 19?
Victoire: Dziękuję. Do zobaczenia
Ja: Do zobaczenia


Nim się obejrzałam kierowca gwałtownie zahamował. Świat zaczął wirować a wszystko działo się bardzo szybko. Samochód obkręcał się, gdy ten tracił kontrolę nad kierownicą. W ostatniej chwili wyminął ogromne drzewo, uderzając o coś mniej szkodliwego. Przednia szyba prysnęła w drobny mak. Z moich ust wydobył się pisk. Szarpnęłam drzwi i wyskoczyłam z środka  trzymając się za serce.
-VANESSA!- do moich uszu dotarł krzyk Justina, który po chwili był przy mnie. Wtuliłam się w jego ciepły tors. Mogłam umrzeć. Uspokoiłam oddech, serce nie biło tak mocno jakby miało wyskoczyć z piersi.
-Jak pan kurwa jeździ?!- warknął Bieber do kierowcy, któremu z twarzy zeszły wszystkie kolory.
-Spokojnie Juss...Ważne, że wyhamował. Chodźmy. Niech pan zadzwoni po pomoc drogową czy coś w ten deseń.- spojrzałam na niego porozumiewawczo a on uśmiechnął się krzywo.
Wyprostowałam się, chwytając  torbę treningową. Justin nie chcąc się kłócić szedł obok mnie w stronę studia.
-Nie chcesz dziś odpocząć?- zapytał.
-Obejdzie się.- odparłam.
***
-Szybciej! Nie zapominaj o rękach...Ręce też pracują!- starałam się nie skupiać na wskazówkach Justina by nie przerywać. Nasz układ był gotowy teraz wymagał ćwiczeń i dopinania na ostatni guzik.
-Okey, stop!- stanął za mną kładąc dłonie na mojej talii.- Mniej spinaj biodra. Mają być luźne...Cała spięta jesteś. Powinnaś się rozerwać.- poczułam jak opiera głowę o moje ramie.
-Umiem się bawić.- zaśmiał się.
-Udowodnisz mi to?
-Jak?
-Imprezą.
-Czyżbyś stawiał mi wyzwanie?
-Sobota wieczór?
-Stoi.- zachichotałam.

 Usta musnęłam cukierkowym błyszczykiem, co musiałam powtórzyć dwukrotnie, bo gdy tylko kosmetyk znajdował się na moich wargach zlizywałam go. Rzuciłam okiem za okno. Słońce dawało się we znaki, jednak pogoda w tym mieście była zgubna. Jak się spodziewałam, po uchyleniu szyby ogarnął mnie chłodny wiatr. Zaśmiałam się cicho, zarzucając ciuchy. Czarne leginsy, zdawały się odpowiednio pasować do białej bokserki z dekoltem. Na to narzuciłam czerwoną, lekką kurteczkę. Czarne obcasy zagościły na moich stopach. Zaplątałam pięknego koka, upinając go kolorowymi spinkami. Efekt bardzo mnie zadowolił. Miałam dwadzieścia minut by dojechać do Hortexu, na spotkanie z Vicky.


Zeszłam na dolne piętro, upewniając się, że jestem w domu sama. Usiadłam przy pustym blacie, wyciągając miskę, pudełko kolorowych płatków śniadaniowych, jogurt, truskawki i inne owoce, które drobno posiekałam. Wszystko wymieszałam razem, polewając roztopioną białą czekoladą. Zabrałam się za jedzenie "słodkiego musli" tak, tak mam szesnaście lat i czerpię pomysły na śniadanie z "słodkie śniadanie dla twojego dziecka" co poradzę, że normalne musli nie jest takie apetyczne ? Pieprzyć dietę. Spakowałam szybko torbę szkolną, i wyszłam. Zamówiłam taksówkę, która zaraz potem podwiozła mnie pod kawiarenkę. Tam przy jednym ze stolików czekająca na mnie Vic. Sączyła przez słomkę sok pomarańczowy, dość nerwowo rozglądając się na boki. Odgarnęła czarną, prostą grzywkę z czoła. Jej włosy związane były w niski kucyk, jednak niektóre kosmyki luźno odstawały. Czarne oczy spojrzały na mnie spod gęstych, ciemnych rzęs. Uśmiechnęła się swoimi malinowymi ustami i wstała obejmując mnie swoimi szczupłymi ramionami.
-Byłam tak cholernie głupia.- wyszeptała wprost do mojego ucha.





środa, 6 maja 2015

Kartki urodzinowe dla Kubusia!

Kubuś ma 6 lat i niestety choruje na raka mózgu. Niedługo ma urodziny i jego największym marzeniem jest dostać jak najwięcej kartek z życzeniami urodzinowymi. Chciałabym pomóc Kubusiowi w spełnieniu jego marzeń. jeśli możecie to wyślijcie mu kartkę na urodziny! To niewielki gest a spełni marzenia małego chłopca, który miał w życiu mniej szczęścia niż większość z nas. Pomyślcie o tym, wysłanie kartki nie jest drogie i myślę, że nie jednego na to stać :) Nie bądźmy bezduszni, pomagajmy! J ego urodziny wypadają 17 maja. Kartkę urodzinową (mile widziane są zwłaszcza te zrobione własnoręcznie, choćby przez przedszkolaków) może wysłać każdy. Wystarczy napisać życzenia, zaadresować kopertę i wysłać. Nie zapomnijmy też się pod nią podpisać. 

adres: 

Kubuś Grzelczak
Białe Piątkowo 7
62-320 Miłosław


 

wtorek, 7 kwietnia 2015

Rozdział siódmy. Kompletna pustka.

Siedziałam krzyżując kolana. Nie miałam już swojej pięknej sukienki, przeciwnie ubrana byłam w szary dres i białą bokserkę. Na to narzuciłam pierwszą lepszą bluzę a włosy splotłam w kucyk. Kolejna jedynka za kartkówkę, którą trzymałam w dłoniach. Łzy płynęły po moich policzkach. Nie wiem, którą godzinę już przepłakałam. Siedziałam w tym cholernym, ciemnym zaułku, melinie. Nie bałam się, czy ktoś mnie czasem nie zgwałci, napadnie czy okradnie. To ostatnie to nawet nie jest możliwe, bo w tym momencie posiadałam jedynie kilka paczek papierosów. Nie trzymałam ich w ustach już dwa lata, a teraz ponownie zaciągałam się, czując jak moje płuca poddają się, przestają protestować. Żołądek jakby zyskał czarną dziurę, tak jakbym cały dzień nic nie jadła nie odczuwając głodu i nagle ugryzła kanapkę. Wtedy poczuję. I poczułam, ten głód, tą żądze nikotyny, która żyła we mnie skrycie przez te wszystkie lata. Szybko mi wtedy przeszło, choć potrafiłam wypalić pół paczki dziennie, jeśli miałam ssanie. Zwykle były to dwa papierosy wsuwane między wargi. Wiedziałam, że źle robię, nie powinnam. Jednak coś dzisiaj rano przysłoniło cały mój optymizm, który zawsze we mnie istniał. Co będę robić jutro? Cóż, zapewne trenować, otrzymywać złe oceny i płakać nad grobem rodziców...a nie chwileczkę! Przecież oni żyją! Wybaczcie mi pomyłkę, po prostu nie czuję by tu byli . Do bólu idealna, sztuczna, elegancka matka wciąż kładła nacisk na taniec. Ojciec ostatnio kompletnie wykluczył się z mojego życia, choć wcześniej chociaż męczył mnie o oceny. Przez całe życie leciałam na czwórkach i piątkach, jednak materiał w drugiej klasie liceum mnie zbyt zmęczył, był ponad moje siły. Teraz jako siedemnastoletnia dziewczyna, skończyłam z tytoniem osiadającym w płucach, siedzę w ciemnym kącie w którym chłód bije od ceglanych ścian. Dlaczego życie, musi być takie trudne? Dlaczego wszyscy nie możemy cieszyć się każdą chwilą, jeść waty cukrowej, jeździć konno i kręcić na karuzeli? Gdy byłam mała marzyłam o różowej sukience do kostek, rozkloszowanej z falbanami. Widziałam siebie siedzącą na huśtawce, żującą owocową gumę Orbit, pijącą frugo i całującą chłopców. Teraz nie mam perspektyw, życie pozbawiło mnie ich.  Nie mogę już być tą samą beztroską królewną, nawet nie mogę stać się przeciętną siedemnastolatką. Życie skazało mnie na przyspieszony proces dorastania. Mnóstwo treningów, które odbierały mi wolny czas, dodatkowe nauki. Nie lubię narzekać, ale ostatnio tylko to mi pozostaje, kłamstwo- jedno wielkie kłamstwo. Muszę udawać, być fałszywa robić dobrą minę do złej gry. Ludzie chcą bym się zniżyła, płaszczyła, dała po sobie jeździć. Nie patrzą na to, że mój charakter, duma i wartość na to nie pozwalają. Chcą by każdy przystosował się do systemu, nędznej piramidy która wciąż się nie zmienia. Na szczycie, jak zwykle tkwi ten zły, osoby dobre jak zwykle zajmują jej stopy. Tylko ja nie wiem, jaka ja jestem? W szkole mam szacunek, bywam wredna i niesympatyczna. Jestem tym złym szczytem, czy to tylko iluzja i psychicznie nie jestem taka. Może ulegam presji tłumu? Zdecydowanie, gdyby nie ona już dawno rzuciłabym taniec w cholerę. Bo wiecie, to nie zawsze było moje marzenie, pasja. Kiedyś tego nienawidziłam robię to od kiedy skończyłam siedem lat, i do wieku dziesięciu chciało mi się wymiotować, przed zawodami. Dopiero później sama do pokochałam.  Patrzę w przyszłość, tylko to mi pozostało. Nadzieja na to, że będzie lepiej.Dam radę, podniosę się, i będę żyła tak jak chcę. Spoglądanie w przeszłość boli, coraz częściej robię listę dobrych i złych decyzji. Tyle spraw mogłam załatwić na swoją korzyść, jednak jak zawsze spieprzyłam.  Czarna dziura porasta moje serce.  Nie próbują zauważyć ran. Nie, nie są one na nadgarstkach tylko w sercu. Teraz myślę o tym, że niedługo wrócę do studia i będę dalej ciągnęła tą grę. Nie wiem czy tego pragnę, nie jestem po prostu pewna, czy to są moje plany na przyszłość, przecież lubię tyle innych rzeczy. Czekam na noc. Mogę zatrzasnąć drzwi mojej sypialni i płakać ile się da. Otworzyć okno, modlić się na głos do Boga, pytać o to czemu jestem taka beznadziejna....Zapalić zapalniczkę, wpatrywać się w płomyk. Trzymać  żyletkę, milimetr od skóry wiedzieć, że wystarczą trzy ruchy, by skończyć to cierpienie.
Cóż, jako osoba zapracowana, nawet nie mogę poużalać się nad sobą zbyt długo, bo następnego dnia mam trening i korepetycje z francuskiego. Roześmiałam się gorzko, wiedziałam, że trzeba wstać i iść do domu, że jest późno i siedzę na odłamkach szkła po butelkach wódki. Zgasiłam następny papieros, zapalając kolejny. Jednego dość długo torturowałam, starczał na sporo, ale jestem tu od południa, a teraz zapadł zmrok. Powinno mi być zimno, marznąć. Jednak ja już nic nie czuję, kompletna pustka. Znacie ten stan? Stan gdy po furii, morzu łez i krzykach następuje kompletne wyciszenie, jednak nie jest ono spokojem. To po prostu uczucie cholernej porażki, to jest odczuwanie "niczego" zero emocji, tylko czerń.
Zamknęłam powieki. Słyszałam kroki, czułam, że ktoś opada obok mnie.
-Chcesz mnie zgwałcić, okraść, zabić czy wszystko na raz?- pytanie wyszło z moich ust. Usłyszałam krótki męski śmiech, nie pasujący do napalonego pedofila. To raczej młody chłopak.
-Skąd ten pomysł, po prostu sprawdzam czy jeszcze żyjesz.
-A czemu miałabym nie żyć?
-Wielu ludzi się zabija właśnie w tym miejscu, nie zauważyłam śladów krwi w chodniku.
-Nie przyglądałam się.- odparłam wzruszając ramionami.
-Masz ognia?- wysunęłam zapalniczkę z jeansów wręczając ją chłopakowi. Gdy zapalił swojego papierosa ujrzałam na chwilę jego twarz. Był wysokim chłopakiem o czarnych włosach, postawionych do góry na żel, ostrzyżonych po bokach. Tego samego koloru brwi o dziwo nie były krzaczaste, ciemne, czekoladowe oczy i naprawdę lekki zarost.
-Co tu robisz o tej porze?- zapytałam.
-Mógłbym zadać to samo pytanie. Jest tak cholernie późno, jeszcze nie w domu?
-Dom...-zaśmiałam się gorzko.- O czym ty mi mówisz? Nazywasz grupę mebli i kilka ścian domem? To tylko meble. W domu powinna być kochająca cię rodzina, do niego powinieneś mieć chęć powrotu. Myślisz, że gdybym miała taką chęć siedziałabym tutaj o godzinie...
-23.50
-...właśnie. Mogłabym tu zamieszkać, przynajmniej nikt by mnie nie wkurwiał. Ah, ale cóż się będę rozczulać nad swoimi problemami. Czemuż to ty nie jesteś w domu?
-Hm, dobre pytanie. W sumie to nie wiem, czasem się tam duszę. Mam ochotę odetchnąć a jest on niedaleko. Mieszkam w blokowisku. Wiesz, kiedyś nie miałem domu. Dosłownie, nawet tej bandy mebli i licznego zbioru ścian. Nie miałem go w pojęciu ogólnym i dosłownym. W ogóle.
-Czyli byłeś bezdomny?
-Dzisiaj gdy myślisz bezdomny, od razu widzisz menela. Owszem nie posiadałem domu, do 15 roku życia. Mieszkałem po slamsach...wiesz co to slamsy?
-Opuszczone budynki i tereny, w których właśnie bezdomni mogą znaleźć schron.
-To ja właśnie w takim cholerstwie żyłem, od jednego do następnego, dziś już tak nie jest. Wędrowałem w przyjacielem, miał na imię Chris. W końcu jednak policja nas zgarnęła, oddała do rodzin zastępczych. I teraz mieszkam z nimi, nie zamieniłbym ich na nic innego. Są wspaniali. Czternaście lat klepałem biedę, głodowałem. Aż się udało, stało się lepiej. Więc nie płacz, zobaczysz, że do ciebie też los się uśmiechnie. Mam nadzieję, że wcześniej niż do mnie.
-A co...Chrisem?
-Ah, on mieszka ze mną i jest moim zastępczym bratem. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.
-Ja nie jestem nikogo pewna. Wiesz, mój grafik jest zawalony po brzegi...
-Prawdziwy przyjaciel powinien się do niego dostosować. Chris siedziałby tu teraz ze mną, czemu jej tu nie ma?
-Zjebałam to. Nie miałam dla niej czasu.
-A ona zerwała przyjaźń, bo jesteś ambitna?
-Nie dosłownie. Bo to nie ja chcę tego wszystkiego. Rodzice. Ale ja już nie wiem, czy to jest moja przyjaciółka, rzucała dzisiaj cięte teksty i nie siedziała ze mną już na większości lekcji. To w liceum chyba oznacza koniec, prawda?
-Chyba tak. Ja nie ogarniam bab. Uh, czyli ona nie była prawdziwa, była cholernie sztuczna.
-Tak, a myślałam, że to jest ona. Przyjaźń na zawsze te sprawy. I gdzie jest ten uśmiech losu?
-Może powinnaś zmienić grafik?
-Już o to zadbałam, zrobiłam awanturę "rodzicom"- uniosłam delikatnie dłonie zakreślając w powietrzu cudzysłów.- i zrezygnowałam ze wszystkich korepetycji, zajęć dodatkowych i innych. Nie są mi potrzebne, zabierają tylko czas. Zamiast tego wygodniej jest odrobić lekcje.
-Czyli co ? Wolne?
-Nie, nie, nie. Przecież jeszcze taniec. Ah, bo ty nie wiesz. Od dziesięciu lat tańczę zawodowo. I kocham to, wiesz co to DanceEurovision?
-Te wielkie zawody?
-Tak, światowe, trenuję do nich ciężko. Mam cztery razy w tygodniu, dwa, trzy razy dziennie treningi. I tego chyba się nie da zmienić.
-Chcesz z tym wiązać przyszłość?
-Nie. Nie wiem, może...Nie. Eh, no kurde nie mam pojęcia! Siedzę tu prawie dziewięć godzin, i kilkanaście razy przeszła mi przez głowę myśl by po zawodach ograniczyć taniec i zrobić z tego jedynie hobby.
-Zobaczysz, to wszystko się kurwa musi ułożyć. Jestem pewien.- roześmiał się, uniosłam brew.
-Co?
-Zapomniałbym...jak właściwie masz na imię?
-Vanessa, a ty?
-Zayn. Zayn Rooter.
-Nessa Rosegrande. Mam siedemnaście lat, a ty?
-Tak samo. Wiesz, dasz mi swój numer, chciałbym cię poznać.
-Jasne. Zapisz.- podyktowałam mu ciąg cyferek, po czym on zrobił to samo.
-Powinnaś iść do... bandy mebli.- zaśmiałam się.
-Masz rację. Wiec mam nadzieję, ze do zobaczenia.
-Na pewno.


poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Rozdział szósty. Nie wiem.


-Narzuć tępo!- krzyk Justina, po raz setny obrany w te same słowa rozległ się po sali. Starałam przyspieszyć moje kroki, zakańczając upadkiem- mimo iż był on w układzie, wyszedł zupełnie przypadkiem. Opuściłam głowę, starając złapać oddech. Paskudne przekleństwo wydobyło się z moich ust, poprzedzając następną wiązankę niecenzuralnych słów. Zobaczyłam kształt, opadający przy moich podkulonych kolanach. Bieber podał mi butelkę wody, którą natychmiast, nie zastanawiając się dłużej wypiłam.
-Starczy na dziś?-zapytał. Pokręciłam głową, podrywając ciało do przodu. Na nic mój wysiłek, bowiem nie poczułam gruntu pod stopami. Mimo to zrobiłam niemal pewny krok, który skończył by się upadkiem na plastikową powierzchnię, gdyby nie chłopak.Nie było to spowodowane zasłabnięciem, czy zawrotami głowy tylko rwącym bólu w kolanie. Z całej siły ścisnęłam je, zaciskając porządnie powieki.
-Nessa!- przywrócił mnie do codzienności. Rozwarłam powoli je, wgryzając się w wargę.
-Dziesięć minut przerwy i mogę dalej.- odparłam.
-Nie.- powiedział pewnie.- jesteś wykończona. Powinnaś odpocząć.
-Powinnam, to ja ćwiczyć do EuroDance.
-Nie ma mowy, to zaledwie trzy dni przerwy.- jęknęłam widząc jego zdecydowany wyraz twarzy. Pokiwałam głową, kierując się do szatni.
Chłodny strumień rozlał się po moich plecach. Spojrzałam na bolącą część nogi. Zdawała się wyglądać dobrze, jednak bolała na tyle, że ledwo się utrzymałam. Wytarta suchym ręcznikiem, ubrałam siwy sweterek i błękitne jeansy. Stopy wsunęłam w białe Fors. Szybko spięłam włosy w niewysoki kucyk. Wypuściłam powietrze płuc, ciągnąc ołowiane nogi po podłodze.
Stałam przed Copmany,  czekając na taksówkę, spoglądałam co chwila w stronę wciąż pustego asfaltu. Lewa dłoń podpierała się o słup, pomagając kolanom  w utrzymaniu pionu. Przygryzłam wargę z ulgą, zauważając żółty samochód nadjeżdżający w moją stronę. Uśmiech pełen wdzięczności z mojej strony, usatysfakcjonował kierowcę, na tyle, że odpuścił mi płacenia drobnych, których akurat zapomniałam.
***
Vanessa. Vanesso, wstawaj...- mama potrząsnęła moim ramieniem. Mruknęłam coś w odpowiedzi, dłonią nakazując wyjście. Prychnęła niemal zirytowana, w wyobraźni widziałam jak jej blade policzki płoną czerwienią a szmaragdowe oczy, unoszą się ku górze odliczając do dziesięciu. Brak stuku ciemnych obcasów oznaczał, że kobieta znikła z pola zasięgu. Rozwarłam powieki, przyzwyczajając się do panującej tu atmosfery. Lekka zaćma znikła po kilku mrugnięciach. W pokoju bowiem, światło dzienne nie wlewało się przez okna- wręcz przeciwnie panował chłodny mrok. Zdezorientowana spojrzałam na wyświetlacz Iphone'a orientując się, iż jest dwudziesta pierwsza a matka prosiła moją osobę na kolację.
Podeszłam do lustra, chwytając szczotkę rozczesałam brązowe pasma. Szybko zmyłam zmęczenie z twarzy a splamiony lenistwem i błogą sennością sweterek od piżamy zamieniłam na przyległy top z rękawem do łokcia. Zeszłam na dół, ból w kolanie nie mal zupełnie przeszedł. Ojciec siedział przy długim stole, zaczynając powoli posiłek. Przywitałam go skinieniem głowy i również postawiłam przed nosem biały, porcelanowy talerzyk. Nałożyłam na niego jajecznicy oraz sałatki, pierwszej z brzegu. Kubek zapełniłam niemieckim napojem, gazowaną wodą z sokiem jabłkowym, która jednak nie przypada w gusta większości osób. Mama nie zwróciła uwagi na kalorie mojego posiłku. Wzruszyłam ramionami. Niezręczną ciszę nareszcie przerwała głowa rodziny.
-Jak ci idą przygotowania do zawodów?
-Wspaniale, Justin jest świetnym nauczycielem. O nauce Abbygale chyba nie muszę wspominać. Jak zwykle wręcz wzorowa.- ojciec zawsze ubiegał się bym nazywała Abby pełnym imieniem, uważając, że powszechne używany skrót jest brakiem szacunku. Wsunęłam posiłek do ust. Starałam się w miarę szybko skończyć więc już po chwili wstałam od stołu, podziękowałam i ruszyłam na górę.

Myślenie jest największym błędem jaki może popełnić tancerz. Musisz czuć!

Przeczytałam słowa Michaela Jacksona na głos. Brzmiały w mojej głowie, podczas ponownej drogi do łóżka. Zgasiłam światło, zmęczona wrażeniami dzisiejszego dnia. Zasnęłam.
Poranek okazał się być męczarnią. Czułam ogromne mdłości, które napierały z każdym krokiem. Pragnęłam wrócić z powrotem do łóżka. Gdybym była normalną nastolatką zapewne bym to zrobiła, jednak ja nie dość, że musiałam iść do szkoły, to następie na trening. Zaśmiałam się gorzko pod nosem. Taniec. Taniec sprawiał, że każdego dnia miałam siłę by wstać, jednak również mnie do niego przygniatał. Weszłam do toalety, wzięłam szybki prysznic. Owinięta w ręcznik zaczęłam wybierać poszczególne ubrania. Krótka sukienka do kolan w odcieniu bieli i jeansowa bluza. Wsunęłam stopy w ciemne Tomsy, ciesząc się, że nie muszę brać wysokich obcasów. Nie miałam zadań domowych, nie byłam przygotowana na klasówki. Zeszłam do kuchni jedynie by popatrzeć na pięknie przygotowane śniadanie, bowiem byłam na diecie. Poczułam jak moje życie jest marne. Jaki każdy dzień jest podobny do siebie, wręcz identyczny. Przeczesałam dłonią włosy, pragnęłam zrobić coś nowego, nawet Victoire przestała się do mnie tak często odzywać, tak rzadko się z nią spotykałam, nie miałam ani krztyny czasu. Co się ze mną dzieje?


___________________

Wiem, zawaliłam. Proszę nie bijcie! Naprawdę nie cholery nie miałam pomysłów. Starałam się by rozdział był chociaż dobry, ale... obiecuję poprawę. Teraz akcja na pewno nabierze tępa, i będzie więcej o Justinie. Jeszcze raz przepraszam ^^

poniedziałek, 9 marca 2015

Rozdział piąty Burza emocji


Poruszyłam bezdźwięcznie ustami, w moich myślach kalkulowało się owe pytanie.
-Życie...Justin, ja nie wiem czy żyję. Żyję na scenie, wtedy oddycham z własnej woli chcę tego. Wiem, ciężko pracuję wielu osobom wydaje się to wręcz dziwne... Ale lubię takie "życie" może czasem kusi mnie możliwość bycia normalną nastolatką, ale już za późno. Zdecydowałam się na to, podjęłam decyzję. Tak po prostu to będzie wyglądało, czy tego chcę czy nie. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie zwykłym "tak, nie " wydaje mi się, że nie wielu potrafi.
-Wow... Szczerze mówiąc spodziewałem się...
-Nie chcę wiedzieć czego się spodziewałeś! Taka jest moja odpowiedź, znasz zasady tej cholernej gry zero komentarzy.- odetchnęłam powoli.- Okej, dokończymy kiedyś... coś, tam. Teraz muszę już iść.
-Odwiozę cię.
-Nie odmówię.- uśmiechnęłam się delikatnie. Podziękowaliśmy za napoje, opuszczając kawiarenkę. Ze zdziwieniem spostrzegłam, że na dworze panuje już mrok. Chłopak również zdawał się być zdezorientowany. Wysunęłam powoli telefon z kieszeni.
22.35
Miałam być najpóźniej o 20.
Matko...
-Ekhem... Powinniśmy już jechać.
-No.Co.Ty.Mi.Powiesz- wycedziłam wolno. Weszłam do srebrnego Bentley'a, który zdążał ochłodzić się więc panowała w nim przyjemna atmosfera. Moja głowa pod wpływem ciężkich myśli, opadła na lewo.Miałam więc idealny widok na karmelowookiego. Był bardzo przystojny, muszę to przyznać. Włosy sięgały dość wysoko, były one postawione na żel. Mięśnie idealnie widać było przez cienki materiał koszulki, jeansy dodawały mu seksowności...
-Powiedziałbym "zrób zdjęcie zostanie na dłużej" ale to cholernie oklepane, więc udam, że wcale mnie nie obczajasz.
-Nie obczajam!- krzyknęłam udając oburzenie. Zaśmialiśmy się chicho, po czym zalęgła cisza. Chłopak przerwał ją, dość głośno rapując. Z pełnym szacunkiem, całkiem dobrze mu to wychodziło. Choć narzucił utworowi zupełnie inne tempo niż w dobrze mi znanym orginale.

*What is life?
Life is like a big obstacle
put in front of your optical to slow you down
And everytime you think you gotten past it
it's gonna come back around and tackle you to the damn ground

Przymknęłam powieki, moje słowa spoiły się z jego. Zaskoczony, nadal ciągnął tym razem ze mną.

*What are friends?
Friends are people that you think are your friends
But they really your enemies, with secret indentities
and disguises, to hide they true colors
So just when you think you close enough to be brothers
they wanna come back and cut your throat when you ain't lookin

Spojrzałam na niego, uśmiechnął się szczerze.
-Świetnie rapujesz Nessa.
-I vica versa. Czasem słucham Eminema. Ogólnie rap, wcale nie jest mi taki obcy. Wiem, nie wyglądam.
-Nie wyglądasz. Jesteśmy na miejscu- oznajmił nagle hamując. Białą willę otulił mrok, światełka przeczesywały jedynie chodnik o niej prowadzący. Okna również już ciemne, co oznaczało, że wszyscy już pogrążyli się we śnie.
-Do zobaczenia na treningu.
-Do jutra.- puścił mi przysłowiowe oczko, po czym zamknęłam drzwi Bentley'a z cichym trzaskiem. Odczekał chwilę, zapewne uruchamiając radio i odjechał, jednak tym razem żadna z opon nie zapiszczała.
Podeszłam powoli do bramy, wyciągając klucze z kieszeni. Była jednak otwarta co znaczy, że znów zapomnieli uruchomić alarmu.
-Znając życie nawet nie zauważyli, że mnie nie ma i poszli spać.
Oczywiście nie pomyliłam się, jednak nie posiadałam kluczy do drzwi. Westchnęłam, patrząc w okno mojego pokoju. Na szczęście pozostawiłam je niedomknięte, ale pomieszczenie znajdowało się na piętrze. Na szczęście willa posiadała drabinę, na wypadek pożaru mogłam po niej wejść. Chwilę trudząc się z sięgnięciem do niej, postawiłam stopy na konstrukcji wspinają się. W końcu stałam przed nim, wsuwając palce pod spód, popchałam do góry. Zmęczona, wręcz wykończona wpadłam do toalety. Wyciągnęłam czerwoną koszulę nocną, zdejmując błękitne jeansy z wysokim stanem i czarną bokserkę. Zmyłam makijaż, przedtem biorąc szybki prysznic. Odetchnęłam z ulgą na widok łóżka. Ułożyłam się w nim, zatapiając głowę w miękką, dużą poduszkę. Sen nadszedł szybko, uspokajając burzę emocji.

___________
*Co to jest życie?
Życie jest jak przeszkoda
postawiona przed tobą by cię opóźnić.
I zawsze kiedy myślisz, że już ją minąłeś
powraca i powala cię na ziemię
Kim są przyjaciele?
Przyjaciele to ludzie, których uważasz za przyjaciół. 
Ale tak naprawdę są twoimi wrogami z ukrytymi tożsamościami
i przebraniami po to, by móc ukryć swoje prawdziwe zamiary.
Więc kiedy myślisz, że znacie się już tak dobrze jak bracia
oni przychodzą i kiedy nie patrzysz podcinają ci gardło. 
Eminem- If I had 

wtorek, 17 lutego 2015

Rozdział czwarty 11 pytań


Przeszukiwałem moją szafę, w duchu wstydząc, się, że moje zachowanie można nazwać kobiecym. Lubię dobrze wyglądać, nie kręci mnie golenie głowy, czerwone dresy z pięćdziesięciocentymetrowymi w szerokości nogawkami. Wyciągnąłem ciemno błękitne jeansy z Desigual, czarne Supry i biały zwykły podkoszulek z krótkim rękawem. Temperatura sięgała coraz wyżej, więc oszczędziłem zbyt dużej ilości żelu, bojąc się, że spłynie w postaci nieprzyjemnej cieczy. Chciałem postawić kołnierzyk, jednak zorientowałem się, że to nie możliwe gdyż nie mam na sobie marynarki. Ruszyłem ku wyjściu, szybko wybiegając do garażu. Srebrno-czarny Bentley, chyba zaczynał topnieć od temperatury. Uchyliłem jego okna, odpalając silnik. Z ulgą zostawiłem pusty dom za sobą, byłem tam czasem samotny, jednak często mi to opowiadało. Całe życie wśród uciążliwych paparazzi, bez chwili od początku. Ostatnio coraz mniej osób mnie rozpoznawało na ulicy. Wystarczyło, że zakryłem włosy czapką, oczy okularami i nie ubrałem Suprów. Wydaje mi się, że wiele Beliebers mnie poznaje jednak pewnie wpierają bardzo ostatnio znaną akcję na Twitterze "Pół roku spokoju dla Biebsa."
Kochane Beliebers Atlanta
Nasz idol Justin Bieber, ostatnio ma coraz więcej problemów.
Czasem zdąży się, że większa grupa was rozpozna go na ulicy.
NIE PODCHODŹCIE!
Rozumiem, emocje itp. Ale okazja jeszcze może się nadarzyć.
Daj mu pół roku spokoju!
Kochamy go, więc podarujmy mu szczęście.
Jeśli jest sam, a ty tylko przyjechałaś tu na wakcje to podejdź
NIE PISZCZ! ZBIERZ EMOCJE NA WODZE!
Poproś o zdjęcie, jak człowiek..
Pół roku spokoju dla Biebsa"

Szkoda, że niewielu paparazzi polubiło tą stronę. W myślach odtworzyłem drogę do domu Nessy. Przyspieszyłem, gwałtownie hamując tuż przed wielką biała willą. Dziewczyna akurat w tym momencie, wysunęła się zza bramy. Ubrana w ciemne jeansy z wysokim stanem, czarny, ekskluzywny top i białą delikatną kurteczkę. Przez zgięcie łokcia przewiesiła jeansową torebkę od Gucciego. Posłała mi uśmiech, rozchylając drzwi.
-Punktualny.
-To dla mnie nowość.
-Dokąd jedziemy.- ponownie ruszyłem ulicą.
-Hortex?- uśmiechnęła się z satysfakcją, pokiwała głową.
Była to sporych rozmiarów kawiarenka, z różnymi forami soków, deserów. Mrożone soki, grzane soczki zagęszczone... Miejsce dla miłośników Hortex'a. Jej siedzenia otulała biel, jednak ściany miały kolor czerwieni i żółci. Stoliki kolorowe, jakby ozdobione naklejkami. Otworzyłem przed nią drzwi, zadowolona zajęła miejsce. Uwielbiałem to miejsce, gdyż o tej porze niewiele osób do niego przychodziło. Usiedliśmy w kącie, tak, by nikt nas nie dostrzegł. Poza kelnerką oczywiście. Podeszła szybkim krokiem, kręcąc przy tym biodrami. Uśmiechała się sztucznie, zapewne bolała ją już twarz.
-Mogę podać zamówienie?
-Sok pomarańczowy mrożony, z bitą śmietaną poproszę.- odparła bez zastanowienia Vanessa.
-Dla mnie to samo.
-Dziękuję.- odeszła. Wróciła dość szybko niosąc tacę z dwoma długimi szklankami.
-To mój ulubiony-powiedzieliśmy jednocześnie, zaśmialiśmy się.
***
-Zagrajmy 11 pytań.- zaproponowałem.
-W co?
-To gra, dzięki której lepiej się poznamy. Można tylko raz odmówić odpowiedzi, zadajemy je na przemian.- pokiwała głową.
-Kobiety zaczynają. Śpiew sprawia ci radość?
-Tak. Najbardziej lubię koncerty, jednak gdy mija dwadzieścia, trzydzieści minut, jest końcówka bądź środek trasy czasem muszę używać playback. Tańczysz dla siebie, czy rodziców?
-Dla nas obu. Wykonanie prawidłowo obrotu, aplauz publiczności...To jest piękne. Jednak gdybym chciała z tego zrezygnować, prawdopodobnie zaburzyłby się plan mojego życia. Tego by nie znieśli. Jacy są twoi rodzice?
-Mama to wspaniała kobieta, starała się wychować mnie jak najlepiej, zawsze wspierała...Ojciec, to idiota. Wydawał się być wspaniałym człowiekiem...ale jednak nie.  To samo, jacy są TWOI rodzice.- dziewczyna zarysowała słomką kółeczko w napoju, przykładając usta. Wydała z siebie cichy jęk.
-Tata... jest świetny. Kocha mnie, chce dobrze jednak nie jest tolerancyjny. 3/4 moich przyjaciół jest przez niego nielubianych i nienawidzonych. Mam do niego mieszane uczucia.- teraz zamyśliła się ponownie- mama. Idealistka, delikatna kobieta, dystyngowana chociaż nie na tyle co Abby. Wymaga ode mnie ideału. Razem tworzą dość dziwny duet, moje życie jest z góry zaplanowane...-posmutniała delikatnie.-  Jakie masz zainteresowania ?
-Muzyka i... witraże.
-Słucham?- zrobiła "wielkie oczy"
-Lubię.Robić.Witraże- powiedziałem wolno i wyraźnie. -Tak to moja pasja, uwielbiam robić witraże. JB lubi robić witraże... po ojcu. Czy życie sprawia ci radość?
Na jej twarz wstąpiło zdziwienie, powoli otworzyła usta z których wypłynął potok słów.

sobota, 14 lutego 2015

Rozdział Trzeci "Ciężki oddech"

Vanessa
Biegłam w miarę szybko starając się narzucać coraz wyższe tempo. Temperatura mojego ciała sięgała zenitu, pot lał  się po każdym jego odłamku. Zaczynałam czuć ból mięśni, mimo to nadal uparcie parłam do przodu. W miejscowym parku, na chodniku prawdopodobnie ślad zostawiały starte podeszwy moich Air Max'ów. Kolana uginały się po prędkością, płuca zaczynały protestować. Powoli nie gwałtownie napełniałam je powietrzem. Widząc swój cel- niewielką fontannę ucieszyłam się w duchu. Nie zwalniałam, chcąc pobić swój rekord. Przewyższyć swoje możliwości.
Dwadzieścia metrów.
Piętnaście.
Wytrzymam.
Dziesięć.
Zaczyna kręcić mi się w głowie.
3...2...1 !
Gwałtownie hamując upadłam boleśnie na betonową posadzkę, znów uderzając o kolana. Przeszywający ból sparaliżował moje nogi, oddychałam ciężko. 1000 przebiegniętych metrów bez sekund przerwy. Najśmieszniejsze/ najsmutniejsze było to, że gdy upadłam nie zwrócił na mnie uwagi ani jeden człowiek. Wszyscy śpieszyli się do swoich zajęć, nie przejmując się tym, że mogę mieć np. napad astmy, być bez lekarstwa i podduszać. Potem zapewne dowiedziawszy się o wypadku/śmierci Vanessy Castillo mówiliby "biedna dziewczyna, straszna tragedia" nie odczuwając zbytnio bólu. Wiem jednak, że gdzieś na dnie ich chłodnych, zszarganych codziennością serc kryłoby się poczucie winy "zatrzymać się i zapytać, czy jest OK i by żyła" zawsze, zawsze trzeba zadać to cholerne pytanie. Kurwa, tu chodzi o życie!  Pokręciłam głową, pochwyciłam w dłoń różową, sportową torbę. Usiadłam na bielonej ławeczce wyciągając błękitną butelkę chłodnej wody. Mały chłopczyk przejechał swoim niewielkim rowerkiem tuż obok mnie. Posłał mi uśmiech, który odwzajemniłam. Przyłożyłam ujście plastikowego naczynia do warg. Wypiłam ją powoli, rozkoszując zmysły naturalnym smakiem. Uwielbiałam chłodną, smaczną i bez chemii. Delikatnie zsunęłam pomarańczowo-białą bluzę z Adidasa. Poczułam jak ktoś siada obok mnie. Intuicja mnie nie zmyliła.
-Justin? Co tu robisz?- zapytałam zdziwiona.
-Jak odpowiem zabrzmię jak pedofil...Obserwowałem jak biegasz.
-Tak, to naprawdę niecodziennie zabrzmiało.-zaśmiałam się chicho, chłopak poszedł w moje ślady.
-Jesteś niesamowicie szybka.
-Całe moje życie przepełnione jest tańcem. Bywa to czasem podobne do nałogu, muszę czymś zająć swoje ciało. Dzięki bieganiu mam lepszą kondycję i...zajebiste nogi.- tym razem roześmiał się głośno i serdecznie. Zlustrowałam go wzrokiem. Na nos nasunął czarne okulary, włosy postawione zostały przez żel. Ubrany w ciemne jeansy a'la-rurki, błękitny podkoszulek oraz granatową marynarkę (?) z rękawami podwiniętymi tuż przed łokieć. Jego stopy trwały w wiecznych czerwonych Suprach.
-Źle zaczęliśmy naszą znajomość.
-Byłam zbyt wredna. Wybacz.
-Hmm...Musiałbym się zastanowić- teatralnie dotknął ręką serca.
-Och! Och, panie Bieber niech szlachta zgodzi się na przebaczenie!-zaczęłam grać w jego grę.
-Znaj moją litość plebsie.- niestety nie wytrzymałam. Zachichotałam melodyjnie, jak zawsze przewracając niesforne pasmo kasztanowej grzywki za ucho.- Może...chciałabyś się umówić, lepiej poznać?
-Oczywiście- posłałam mu nieśmiały uśmiech. Było mi głupio tak go oschle traktowałam! Moje sumienie się odezwało.- Kiedy?
-Mogę po ciebie przyjechać... masz bardziej napięty grafik ode mnie. Sobota?
-Trening z Abby.
-Piątek?
-Balet.
-Środa?
-Trening...
-Wtorek?
-Trening z tobą głuptasie.
-Przed szesnastą spokojnie się wyrobimy. Wpół do piątej, we wtorek?
-Naturalnie. Wybacz Bieber, ale wracam do domu. Czasem zapominam o szkole. Bay Biebs!- wstałam zarzucając torbę na ramie.
-Do zobaczenia Vanessa.
Truchtem, ruszyłam ku domu. Owy park, znajdował się naprawdę niedaleko od miejsca mojego zamieszkania. Zanim się obejrzałam stałam przed czarną bramą. Weszłam do środka. Mama powitała mnie przyjemnym uśmiechem.
-Nessa, już jesteś. Za godzinę obiad.
-Dobrze.- szybkim krokiem powędrowałam po schodach. Wskoczyłam (dosłownie) pod prysznic, szybko ściągając ubrania. Obmyłam pot, lepiący moją skórę, włosy przepłukałam truskawkowo-waniliowym szamponem, pachnącym bardziej jak guma do żucia. Delikatnie rozprowadziłam kosmetyk po powierzchni głowy. Spłukałam go, już w moim zlewie, nie cierpiąc myć ich pod prysznicem. Z szarych dresów, różowej bokserki przebrałam się w jeansy z wysokim stanem, kończące się tuż przed kostką, stopy wsunęłam w błękitne Tomsy.  Rozczesałam brązowe pasma, susząc je delikatnie. Spojrzałam na zegar
Za piętnaście druga.
Siedziałam tu prawie dwie godziny.
Ja i moje wyczucie czasu -_-
W tym wszystkim, zupełnie nie zwróciłam uwagi na to, że światowa gwiazda popu zaprosiła mnie do kawiarni.
Świat staje na głowie.

piątek, 13 lutego 2015

Rozdział Drugi Hip hop

Abby miała pojęcie, że współczesny pop w ogóle mi się nie podoba. Jestem wielką fanką Michaela Jaksona, i to on jest królem. Nie obrażam Biebera, to piękne, w końcu spełnia sumiennie swoje marzenia. Ale jego muzyka, nie trafia specjalnie w mój gust. Zmierzyłam go wzrokiem, wyciągnęłam ku niemu dłoń, którą delikatnie ujął.
-Miło mi.- skomentowałam sucho.
-Mi także. Jesteś niesamowicie utalentowana, myślę, że będzie nam się wspaniale współpracować.- obecność Abby sprawiała, że każdy czuł się skrępowany i mówił po "Abbyowemu" czyli dystyngowanie, cedząc każde słowo. Wydaję mi się to śmieszne, jednak jej chłodne spojrzenie wręcz czarnych oczu przyprawiało mnie o dreszcze. Uśmiechnęła się.
-Zostawię was samych.
-Do zobaczenia Abby.- Justin posłał jej uśmiech. Po chwili zostaliśmy sami.
-Okej co wiesz o hip-hopie?
-Absolutnie nie wiele.- odparłam zgodnie z prawdą.
-Dobrze więc zacznijmy od podstaw. Toprock i Freezes. Toprock wymaga pozycji stojącej, dorzucając do niego Freezes włączymy przy tym ruchy rąk. Locking, tancerz podczas układu zatrzymuje się, jakby został zamrożony, po chwili wznawia taniec. Dobrze wyćwiczony daje fantastyczny efekt. Tańczyłaś już kiedyś coś bardziej... żywego?
-Naturalnie. Więc, oszczędź nauki podstaw trochę tańczyć umiem. Jednak ciężko to nazwać hip-hop.
-Pokaż co umiesz.- zachęcił. Prychnęłam, podchodząc do głośników.
Przymknęłam powieki przypominając sobie kroki. Pamiętałam je jak przez mgłę. Zaczęłam się ruszać, licząc w pamięci kroki. Chłopak zapewne znał ten układ (kto nie zna Chachi?) więc stanął obok i sam zaczął tańczyć. Jego ruchy były pewniejsze, płynniejsze jednak byliśmy zsynchronizowani...
https://www.youtube.com/watch?v=uN_x7yI3AJs
Mimo, że trwał on niewiele ponad czterdzieści sekund, sprawił mi niemałą trudność. Odetchnęłam gdy nadeszła pora na końcowe figury. W końcu leżałam na plecach, wykonując ostatni ruch. Ten taniec dał mi pewną radość, energię, swobodę ruchu. Spojrzałam na karmelowookiego.
-Świetnie! Musisz jednak trochę to dopracować. By bezbłędnie zatańczyć hip-hop potrzeba odrobiny luzu.
L.U.Z w tańcu? Całe życie zajmowałam się akrobatyką, baletem w, którym obowiązują pewne zasady. Trzeba się ich sztywno trzymać. Chłopak chyba dostrzegł moje zdziwienie/niepewność/szok.
-Oczywiście tu też są reguły, ale jest też więcej zabawy- uniosłam brew.
-Według ciebie taniec jest zabawą? Ochh, ciężko będzie nam się pracować.
-To się liczy, zabawa.- spojrzał na mnie wzrokiem, którego nie dałam rady odczytać.
-Liczy się zwycięstwo i perfekcja...jedynie.
***
Minęły prawie dwie godziny. Lekko zmęczona, usiadłam na podłodze, chyląc butelkę pełną wody do ust. Szybko przełknęłam chłodną ciecz, ugaszając rwące pragnienie. Justin był prawie na tyle wymagający co Abby, jednak nikt nie dawał takiego "wycisku" co egzotycznie piękna kobieta.
-Dobrze, na dziś chyba wystarczy.- oznajmił chłopak. Spojrzałam na niego zdziwiona.
-Tak szybko?
-Minęły dwie godziny.- nie mówię, że mi coś nie odpowiada. Zwykle jednak trenowałam po 3/4 dziennie. Podniosłam się, pochwyciłam kluczyki od szatni. Weszłam do kwadratowego pomieszczenia. Wślizgnęłam się pod prysznic, szybko oblewając spocone, obolałe ciało. Z treningowego stroju,założyłam ten w którym przyjechałam do Studia. Rozpuściłam włosy, rozczesując je szybko. Moja twarz nie wyglądała tak okropnie jak o poranku, cień pod oczami zniknął, mimo, że puder spłynął razem z nim. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia wychodząc skierowałam się do recepcji. Poczułam jak ktoś chwyta moje ramie.
-Vanessa, jesteś tu samochodem?- zapytał Bieber.
-Zaliczasz Taksówkę do auta?
-Odwieźć się do domu?- zmierzyłam go chłodnym spojrzeniem.
-Nie trzeba.
-Wiesz...Może ci sprawić niewielki problem powrót taksówką.
-O czym ty...- dopiero teraz spojrzałam przez szklane drzwi prowadzące na zewnątrz. Około dziesięciu paparazzi czyhało przed nimi, już obdarzając nas migoczącym światłem fleszy.-Tak jest zawsze gdy gdzieś wychodzisz?
-Nie. Ale teraz jest tu dziewczyna...
-Och! Komplikujesz mi życie Bieber.
-Czyli tak?
-Tak.- prychnęłam wściekle.
-Justin to twoja nowa dziewczyna?
-Ile jesteście razem?
-Jak masz na imię?
-Jesteś w ciąży?
-Czy ciągle ćpasz?- te i inne pytania wydobywały się z ich ust. Chłopak zignorował je, pomagając wsiąść mi do samochodu. Wściekle zapięłam pas.
-Dlaczego, ciągle uważasz, że nie powinnam wrócić taksówką?
-Bo w ten sposób uznaliby iż się pokłóciliśmy, ja cię zwyzywałem a "źródła" donosiłyby, że jesteś w ciąży. Teraz kilka portali poda informację, że Selena Gomez jest zazdrosna.  Dadzą ci spokój.- wyjaśnił, przyspieszając, zgubił dwa śledzące nas Mercedesy. Pokręciłam głową z dezaprobatą.
-Kiedy następny trening?- zapytałam.
-Przypomnij jaki dziś dzień tygodnia?
-Sobota.
-Pracujesz w sobotę?-zdziwił się.
-A ty?
-Byłem pewny...że dziś poniedziałek.- odchrząknął, lekko uśmiechając się na myśl o swojej nieuwadze.
-Więc proponuję wtorek.
-OK. Teraz skreć w lewo, i zobaczysz mój dom.
Tuż za wzgórzem rozciągała się biała willa z czerwonym dachem. Ogród nie był zbyt wielki, ściany pokrywały różne wzory. Drzew w tym obszarze nie było najwięcej, dwa na krzyż. Średniej wielkości basen znajdował się tuż przy różńokamiennym chodniku przecinającym podwórze przez środek. Posłałam chłopakowi krzywy uśmiech po czym wyszłam z samochodu.
***
Justin
Jej uśmiech wyszedł krzywo, oczy były smutne. Zamknęła za sobą drzwiczki, po czym pchnęła bramę. Zniknęła za drzwiami do swojego bogatego domu. Ponownie odpaliłem silnik, kierując się ku domu. Mieszkała dość daleko ode mnie. Przyspieszyłem. To lubiłem najbardziej, szybką jazdę. Zawsze mnie do podniecało, dawało trochę wolności. Jestem dobrym kierowcą, uważam by nie potrącić żadnego przechodnia. Los skazał mnie na szybsze dorastanie, jednak miałem dzieciństwo. Zacisnąłem dłonie na kierownicy. Gwałtownie zahamowałem. Kurwa, minąłem już swój dom. Roześmiałem się głośno, poczym zawróciłem. Tym razem uważnie przyglądałem się lewej stronie krajobrazu aż natrafiłem pod właściwe miejsce. Zaparkowałem w garażu po czym wszedłem do środka. Z wnętrza słychać było radio.
-Cześć!- krzyknąłem.
-Justin, już jesteś!- mała dziewczynka rzuciła mi się na szyję. Uniosłem nią kręcąc w powietrzu.
-Cześć Jazzy. Mamo?- czarnowłosa kobieta wyszła z kuchni. Mimo, że mieli swój własny dom ciągle tu przychodzili.- Aż tak ci źle we własnej wili?
-Och, nie mogłam się powstrzymać! Jesteś tu taki sam, może chciałbyś wrócić? Rodzeństwo...Telewizor, i w ogóle obiad.- zrobiła słodkie oczka. Wiem, tęskniła za mną. Bała się, martwiła bo mieszkam w OGROMNYM domu sam. Jeremy okazał się nie najlepszym tatą. Razem z jego żoną Erin, pozostawił Jazmyn i Jaxona. Mama postanowiła się nimi zająć, bardzo ją pokochali, nie dziwię się.
-Zostanę tu gdzie jestem.- zaśmiałem się.
Poszedłem na górę zajmując ulubioną sypialnię. Rzuciłem się na łóżko, wpatrując w sufit. Vanessa... Jest taka inna, nie jak na swój wiek. Powinna chodzić z głową w chmurach myśleć o chłopakach, zakupach i...o mnie. No co ? Nie o tym myślą dziewczyny. Ciacho,zakupy, Bieber. Ona tym czasem dąży do wygranej, perfekcji...nie mówię, że to źle! Jest tajemnicza, bardzo przyciągająca. Nadal podziwiając biel ściany nade mną, wyciągnąłem z kieszeni Iphone'a. Wszedłem na pierwszy z brzegu blog o "gwiazdach"
Justin Bieber z dziewczyną wychodzą z restauracji (wtf?!) Selena Gomez zrozpaczona?

Zaczęło się...

niedziela, 8 lutego 2015

Rozdział Pierwszy Justin Bieber

Vanessa
Beep...Beep...Beep 
- Cholera- mruknęłam na oślep błądząc dłonią po powierzchni komody. Końcówki moich palców tknęły metalowej obudowy iPhone'a wyłączyłam dręczący budzik. Zakryłam twarz dłońmi, powieki nadal zalepiał piasek. Wydałam z siebie przeciągły jęk, podnosząc się na nogi, które zdawały być złożone z ołowiu. Westchnęłam ciężko, jednak - używając całej siły woli- doczłapałam się do toalety. Dopiero gdy moje obolałe, nagie ciało znalazło się pod prysznicem poczułam, jak mięśnie pod wpływem gorącej wody ulegają rozluźnieniu. Odetchnęłam z ulglą, powracając do żywych. 
Wczorajszy trening był bardzo wyczerpujący. Zaczęliśmy powtarzać nową choreografię. Przede mną ważne zawody. Światowe zawody taneczne. Tak zwane *Dance Eurovision zbliżają się, a ja ćwiczę godzinami, kilka razy w tygodniu. Jednak wczoraj gdy zaczynałam nowy układ zeszło mi pięć długich, męczących godzin i o dwudziestej pierwszej wróciłam do domu, od razu wczołgując się do łóżka. Mimo, iż mam dopiero siedemnaście lat bardzo ciężko pracuję. Zależy mi na wygranej, to jest najważniejsze. 
 Wyszłam z pod prysznica i podeszłam do szafy. Zarzuciłam czarne leginsy i biały top. Włosy zaczesałam w kucyk ( który wyszedł mi dość krzywo ) A zmarnowaną twarz... pozostawiłam samą sobie. Wory pod oczami sięgały do nasady nosa, byłam blada jak trup. Wsunęłam stopy w kapcie- króliczki i zeszłam na dolne piętro do kuchni matka - jak to kochająca mamusia - na mój widok upuściła talerz, który zginął w skutek zderzenia się z kamienną posadzką, bogatego domu w Londynie.
- Matko kochana ! Jak ty wyglądasz?- zapytała spanikowana. 
- Też cię kocham mamuniu - sarknęłam.
- Żartuj sobie, żartuj... Dopóki się nie przebierzesz nawet nie myśl o śniadaniu ! Masz zamiar w ten sposób pojechać na trening ?- oparła ręce o boki.
- Mamo, ja jestem wykończona I MAM JESZCZE TAŃCZYĆ ? 
- Musisz ćwiczyć. Na pewno ci się nie uda nawet tam wejść wyglądając jak 40-letnia alkocholiczka - niema to jak serce matki. Poszłam na górę mrucząc paskudne przekleństwa pod nosem. Wróciłam w błękitnych dżinsach, czerwonej koszulce bez ramiączek i balerinkach. Moje loki były idealnie ułożone, twarz pod warstwą najlepszego, francuskiego pudru. Na szyi łańcuszek. Rozstawiłam ręce.
- Może być ? - mama uśmiechnęła się ciepło i wskazała na stół.
- Śniadanie - oznajmiła, a jej głęboko błękitne tęczówki znów roześmiały się. Moja matka miała na imię Samanta, trzydzieści siedem lat zdawało się w ogóle nie odcisnąć na jej twarzy. Miała  jasne, blond platynowe włosy ubrana w elegancką czarną spódnicę do kolan i białą bluzkę ze złotymi zakończeniami, która oplatała jej smukłą talię. Włosy zaczesała w warkocza, dobieranego z, którego nie wychodziło nawet pasmo włosów. Cała ona, idealna do bólu. 
Naleśniki z serem i miodem wyglądały bardzo apetycznie. Wysunęłam ku nim dłoń, jednak otrzymałam karcące spojrzenie kobiety. Westchnęłam biorąc się za liść sałaty, polany chudym jogurtem naturalnym i trzema pomidorkami koktajlowymi. Popiłam wodą mineralną. Tęskniłam za normalnym jedzeniem, ale muszę być na wiecznej diecie by zaraz przed treningiem nie rozpychać żołądku. Sałatka nie miała nawet przypraw zero soli czy pieprzu.  

Because I'm bad, I'm bad - come on
 (Bad, bad - really, really bad)
 You know I'm bad, I'm bad - you know it...

W kuchni rozległa się muzyka Michaela Jacksona. Niespiesznie wyjęłam z kieszeni iPhone'a. Dźwięk ucichł.
- Vicky?- zawołałam do słuchawki. 
- Cześć, Nessa- przywitała się ze mną moja przyjaciółka Victoire. Uśmiechnęłam się słysząc jej dźwięczny głos. - Zakupy, dzisiaj, dwudziesta, bądź. - poleciła
- Ale ja mam... 
-... tre-ning, oui znam tą śpiewka na pamięć. Ale koń-ciysz go o 17, czyż nie ? Zdą-zi-ś spokojnie. 
- No... Dobrze zobaczę co się da zrobić. - rozłączyła się, zapewne po to bym nie mogła zmienić zdania. Victoire była bardzo optymistyczną dziewczyną, pochodzącą z Francji. Jej akcent często dawał się we znaki i przy każdej możliwej okazji krytykowała nas język " oń być taki twardy " często mówi. Zawsze umiała mnie rozśmieszyć, nawet tata w pełni ją akceptował co zdarzało się rzadko. Był ciężkim typem człowieka, kochał mnie, ale nie akceptował osób z płytszym portfelem, co nieraz doprowadzało mnie do wściekłości. 
- To już jadę - oznajmiam mamie, dzwoniąc po taksówkę. 
- Do zobaczenia kochanie - krzyknęła.
Stanęłam przed Dance Company 11. Poczułam przyjemne mrowienie w kącikach ust które oznaczało jedno - szeroki uśmiech wymalował się na mojej twarzy. Uwielbiałam taniec, mimo iż z dnia na dzień coraz bardziej mnie męczył. Weszłam do sporego budynku. Tuż za recepcją siedziała niewysoka kobieta. Jej twarz, którą pokrywały piegi została równomiernie zakryta podkładem. Włosy związane w idealny, schludny kok. Ubrana jak zwykle. Ciemna koszula, zapewne jeansy oraz buty na wysokim obcasie. Avery liczyła sobie 27 lat.
- Dzieńdobry, Avery - przywitałam ją, a jej zielone oczy zabłysły wesoło pod wpływem uśmiechu. 
- Cześć Vanesso, idź do sali C. Abby powinna zaraz przyjść.- poinformowała mnie, życząc miłego dnia.  
Pokierowałam się do pomieszczenia wskazanego przez nią. Sala C, była jedną z największych w całej szkole tańca. Na każdej z ścian wisiało lustro, podłoga pokryta panelami, które pokryte były plastikiem ( tańczyło się boso, więc trzeba było unikać drzask lub innych kontuzji stóp ) Rozciąganie rozpoczęłam od niskich skłonów, potem przeszłam do obrotów na wyprostowanej nodze wszystko zakończyłam saltem w tył. Upadłam na podłogę, kolana jeszcze mnie bolały, więc powinnam unikać gwałtownych figur. Usiadłam na kolanach, łapiąc oddech. Nagle do pomieszczenia weszła wysoka, ciemnowłosa kobieta. Ubrana była w czarną koszulkę luźną na piersiach i szare leginsy do tego miała buty na wzór Conversów. Abby była osobą o szczupłej sylwetce i ostrymi rysami twarzy. Wielu osobom kojarzy się z Kleopatrą. Rzeczywiście jej uroda miała w sobie coś egzotycznego, starożytnego, czarne oczy okolone oprawką z ciemnych, długich rzęs nadawały jej powagi. Poliki jak zawsze blade, jak reszta ciała. Niektórzy twierdzą iż się malowała. Było to jednak kłamstwo, natura obdarzyła ją nietypowym pięknem. Ubierała się w odcieniach złotego i srebra. Uwielbiała długie, złociste łańcuszki. Styl z Egiptu rodem. Mimo to miała 33 lata.Byłam jej ulubienicą, wiem że pokładała we mnie wielkie nadzieje. 
- Dzień dobry.- powitałam ją uśmiechem. 
- Cześć Vans- wszyscy mówili mi Nessa, Abby uznała, że Vans bardziej do mnie pasuje, przyzwyczaiłam się. Zresztą jeśli ona coś postanowi, po prostu wypada to zaakceptować. Związała lśniące, aksamitne włosy w wysoki kucyk. Po chwili rozpoczął się trening. Minęło pół godziny, aż Abby kazałam mi usiąść na podłodze. Sama uczyniła to samo. 
- Posłuchaj.-zaczęła oficjalnym tonem. Widziałam, że będzie to ważna wiadomość, która zapewne mnie nie zadowoli.-niedługo konkurs...właściwie bardzo ważne zawody, których zajęcie podium przyniesie ci sławę.Wiem, zostały jeszcze trzy miesiące, to niewiele. Nadal nie mamy, dla ciebie układy hip hop'owego. Wiesz, że nie mam w tym doświadczenia, więc postanowiłam dać ci... innego nauczyciela
Zamarłam. Zapewne moja twarz przedstawiała zdziwienie. Abby z własnej woli przekazuje mnie w inne ręce ? No nie wierzę ! Świat wariuje!
- Dobrze, a to mężczyzna czy kobieta?- zapytałam, starając opanować emocje, wręcz drące moje ciało. 
- Mężczyzna. - westchnęłam, ale uśmiech wymalował się na mojej twarzy by jej nie martwić. Nie cierpiałam pracować z mężczyznami, wydają się mniej profesjonalni, bardziej wymagający.
- Ile ma lat ?
-Dwadzieścia jeden. 
Teraz to naprawdę mnie zaskoczyła ! Cztery lata starszy ode mnie chłopak, ma zamiar nauczyć mnie układu. Przypominam, że były to NAJWAŻNIEJSZE ZAWODY W MOIM ŻYCIU! 
-Jest bardzo doświadczony, mnóstwo zapłaciłam by dawał ci lekcje trzy razy w tygodniu. Naprawdę się nie zawiedziesz. 
- O, której przyjdzie ?
- Nie wiem. Spóźni się, więc zacznijmy taniec dowolny - uśmiechnęłam się z satysfakcją zaczynając mój ulubiony, delikatny taniec. Tym razem nie była to ani akrobatyka tylko balet. Układ zaczynał się od gwałtownych ruchów, pełnych bólu. Opowiada on o dziewczynie, która zostaje uprowadzona i zamknięta w klatce. Przez pewien czas próbuje walczyć, ale w końcu oddaje się metalowemu więzieniu. Wtedy ruchy stają się lżejsze, delikatniejsze przepełnione strachem, zmarnowaniem.  Ma on pokazać jak tancerka latami zamyka się w sobie, wyrazić jej ból. Na końcu popełnia samobójstwo. 
Zatraciłam się w tańcu zupełnie. Czułam spojrzenie czarnych oczu mojej nauczycielki. Miałam wrażenie, że nie jesteśmy same. Po chwili wykonywałam ostateczną figurę, robiłam obrót z podskokiem padłam na kolana i złapałam rękoma szyję. Upadłam bezwładnie na podłogę i w tym momencie muzyka została zatrzymana  w połowie taktu. 
-Przedstawiam ci nowego nauczyciela - oznajmiła Abby, odwróciłam wzrok ku wejściu do sali. 
Moim oczom ukazał się Justin Bieber.
_____
*Dance Eurovision 
Takie zawody nie istnieją, zostały wymyślone na potrzeby opowiadania. 

sobota, 7 lutego 2015

Prolog.

Vanessa Carrie chciałaby móc nazwać się normalną siedemnastolatką. 
Jednak los nie dał jej tej przyjemności.
Całe jej życie, przepełnione tańcem zaplanowane z najmniejszymi szczegółami. Męczące próby, wiele zawodów, bolesne kontuzje. Do tego brak przyjaciół, na których nie miała czasu. Nie czuła się zmuszana do tańczenia, uwielbiała tą satysfakcję gdy prawidłowo wykona ruch, podniecenie gdy setki par oczu obserwuje cię na scenie...Jednak gdzieś w środku szalenie pragnęła wolności. 
Najważniejsze zawody w jej życiu. 
Trzy tańce. 
Dowolny.
Balet.
Hip-hop. 
Ma je opanować do perfekcji, liczy się zwycięstwo. Talent, perfekcja, gracja.  Trzeci z nich sprawi jej problem. Nowy nauczyciel okaże się kimś kogo by się nigdy nie spodziewała. 
Justin Bieber. 
Chłopak przywyknął do ciężkich prób, wielu wyrzeczeń. Z chęcią zgodził się na naukę pięknej dziewczyny. Sprawia wrażenie delikatnej, nieśmiałej, cichej. Jest jednak przeciwieństwem tych cech. 
Temperament dziewczyny. 
Zaangażowanie znanego na świecie chłopaka. 
Co z tego wyniknie ?