Biegłam w miarę szybko starając się narzucać coraz wyższe tempo. Temperatura mojego ciała sięgała zenitu, pot lał się po każdym jego odłamku. Zaczynałam czuć ból mięśni, mimo to nadal uparcie parłam do przodu. W miejscowym parku, na chodniku prawdopodobnie ślad zostawiały starte podeszwy moich Air Max'ów. Kolana uginały się po prędkością, płuca zaczynały protestować. Powoli nie gwałtownie napełniałam je powietrzem. Widząc swój cel- niewielką fontannę ucieszyłam się w duchu. Nie zwalniałam, chcąc pobić swój rekord. Przewyższyć swoje możliwości.
Dwadzieścia metrów.
Piętnaście.
Wytrzymam.
Dziesięć.
Zaczyna kręcić mi się w głowie.
3...2...1 !
Gwałtownie hamując upadłam boleśnie na betonową posadzkę, znów uderzając o kolana. Przeszywający ból sparaliżował moje nogi, oddychałam ciężko. 1000 przebiegniętych metrów bez sekund przerwy. Najśmieszniejsze/ najsmutniejsze było to, że gdy upadłam nie zwrócił na mnie uwagi ani jeden człowiek. Wszyscy śpieszyli się do swoich zajęć, nie przejmując się tym, że mogę mieć np. napad astmy, być bez lekarstwa i podduszać. Potem zapewne dowiedziawszy się o wypadku/śmierci Vanessy Castillo mówiliby "biedna dziewczyna, straszna tragedia" nie odczuwając zbytnio bólu. Wiem jednak, że gdzieś na dnie ich chłodnych, zszarganych codziennością serc kryłoby się poczucie winy "zatrzymać się i zapytać, czy jest OK i by żyła" zawsze, zawsze trzeba zadać to cholerne pytanie. Kurwa, tu chodzi o życie! Pokręciłam głową, pochwyciłam w dłoń różową, sportową torbę. Usiadłam na bielonej ławeczce wyciągając błękitną butelkę chłodnej wody. Mały chłopczyk przejechał swoim niewielkim rowerkiem tuż obok mnie. Posłał mi uśmiech, który odwzajemniłam. Przyłożyłam ujście plastikowego naczynia do warg. Wypiłam ją powoli, rozkoszując zmysły naturalnym smakiem. Uwielbiałam chłodną, smaczną i bez chemii. Delikatnie zsunęłam pomarańczowo-białą bluzę z Adidasa. Poczułam jak ktoś siada obok mnie. Intuicja mnie nie zmyliła.
-Justin? Co tu robisz?- zapytałam zdziwiona.
-Jak odpowiem zabrzmię jak pedofil...Obserwowałem jak biegasz.
-Tak, to naprawdę niecodziennie zabrzmiało.-zaśmiałam się chicho, chłopak poszedł w moje ślady.
-Jesteś niesamowicie szybka.
-Całe moje życie przepełnione jest tańcem. Bywa to czasem podobne do nałogu, muszę czymś zająć swoje ciało. Dzięki bieganiu mam lepszą kondycję i...zajebiste nogi.- tym razem roześmiał się głośno i serdecznie. Zlustrowałam go wzrokiem. Na nos nasunął czarne okulary, włosy postawione zostały przez żel. Ubrany w ciemne jeansy a'la-rurki, błękitny podkoszulek oraz granatową marynarkę (?) z rękawami podwiniętymi tuż przed łokieć. Jego stopy trwały w wiecznych czerwonych Suprach.
-Źle zaczęliśmy naszą znajomość.
-Byłam zbyt wredna. Wybacz.
-Hmm...Musiałbym się zastanowić- teatralnie dotknął ręką serca.
-Och! Och, panie Bieber niech szlachta zgodzi się na przebaczenie!-zaczęłam grać w jego grę.
-Znaj moją litość plebsie.- niestety nie wytrzymałam. Zachichotałam melodyjnie, jak zawsze przewracając niesforne pasmo kasztanowej grzywki za ucho.- Może...chciałabyś się umówić, lepiej poznać?
-Oczywiście- posłałam mu nieśmiały uśmiech. Było mi głupio tak go oschle traktowałam! Moje sumienie się odezwało.- Kiedy?
-Mogę po ciebie przyjechać... masz bardziej napięty grafik ode mnie. Sobota?
-Trening z Abby.
-Piątek?
-Balet.
-Środa?
-Trening...
-Wtorek?
-Trening z tobą głuptasie.
-Przed szesnastą spokojnie się wyrobimy. Wpół do piątej, we wtorek?
-Naturalnie. Wybacz Bieber, ale wracam do domu. Czasem zapominam o szkole. Bay Biebs!- wstałam zarzucając torbę na ramie.
-Do zobaczenia Vanessa.
Truchtem, ruszyłam ku domu. Owy park, znajdował się naprawdę niedaleko od miejsca mojego zamieszkania. Zanim się obejrzałam stałam przed czarną bramą. Weszłam do środka. Mama powitała mnie przyjemnym uśmiechem.
-Nessa, już jesteś. Za godzinę obiad.
-Dobrze.- szybkim krokiem powędrowałam po schodach. Wskoczyłam (dosłownie) pod prysznic, szybko ściągając ubrania. Obmyłam pot, lepiący moją skórę, włosy przepłukałam truskawkowo-waniliowym szamponem, pachnącym bardziej jak guma do żucia. Delikatnie rozprowadziłam kosmetyk po powierzchni głowy. Spłukałam go, już w moim zlewie, nie cierpiąc myć ich pod prysznicem. Z szarych dresów, różowej bokserki przebrałam się w jeansy z wysokim stanem, kończące się tuż przed kostką, stopy wsunęłam w błękitne Tomsy. Rozczesałam brązowe pasma, susząc je delikatnie. Spojrzałam na zegar
Za piętnaście druga.
Siedziałam tu prawie dwie godziny.
Ja i moje wyczucie czasu -_-
W tym wszystkim, zupełnie nie zwróciłam uwagi na to, że światowa gwiazda popu zaprosiła mnie do kawiarni.
Świat staje na głowie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz